Ale jak chyba się domyślacie nie poszłam spać.
Skierowałam się do mojego prywatnego saloniku, który określiłabym mianem
miniaturowego Pokoju Wspólnego. Ach, biurko, kominek i moje wygodne łóżko z
baldachimem i czterema kolumienkami oraz własna łazienka.Czasem naprawdę dobrze jest być
prefektem naczelnym!
Tego wieczoru miałam ochotę na coś ciepłego do picia,
postanowiłam więc wybrać się do kuchni, częściowo po to, by odwiedzić skrzaty
domowe. Zdecydowałam iść tam okrężną drogą – gdyby zobaczył mnie ktokolwiek z
moich przyjaciół miałabym kłopoty.
Na szczęście nie spotkałam nikogo, może oprócz starej i
wyliniałej Pani Norris, która chyba mnie nie zauważyła. Punkt dla mnie.
Ostatnimi chwilami chyba lubię toczyć walki na punkty…
Granger – Norris: 1 : 0, Granger - Malfoy: 2 : 1 –
przypomniało mi się nagle.
Malfoy… Jestem pewna, że jutro stoczę z nim kolejną
morderczą bitwę na słowa.
Cóż, byłam już pod drzwiami prowadzącymi do kuchni.
Zapukałam grzecznie i weszłam. Drzwi
otworzył mi jakiś stary skrzat w czapce szefa kuchni na głowie.
- Witam – uśmiechnęłam się ciepło.
Skrzat zamrugał oczami.
- Chłopaki! A ta tutaj po co? – zaskrzeczał.
- Przyszłam poprosić was o coś ciepłego do picia.
- Panienka Granger! – pisnął znajomy głosik i tuż przede
mną upadło jakieś małe stworzonko, potykając się o własne kończyny.
- Zgredku, co ci się stało? – spytałam, podbiegając do
biednego i zapewne poobijanego skrzata, który już niestety czymś się okładał po
głowie. – Accio patelnia!
- Dziękuję, panienko – szepnął pokornie Zgredek. W jego
oczach wciąż lśniły łzy bólu. Gdybym nie zabrała mu tej patelni byłby gotów
zatłuc się nią na śmierć…
Wygoniłam z głowy obraz martwego skrzata i postanowiłam
mu pomóc. Mi również zbierało się na płacz. Skutki zbyt bujnej wyobraźni.
Westchnęłam, ostatecznie już odpędzając od siebie wizję
skrzaciego grobu i powoli podniosłam Zgredka z podłogi. To, co zobaczyłam
przeszło moje najśmielsze oczekiwania.
Wyglądał okropnie, jak typowa ofiara przemocy domowej,
które tyle razy pokazują w mugolskich serwisach informacyjnych. Dlatego więc
wyjęłam różdżkę, prowadząc skrzata na najbliższe krzesło i usiadłam na nim,
kładąc sobie Zgredka na kolanach.
- Panienko… Co chce panienka zrobić? – spytał, zwracając
na mnie swój śmieszny ryjek.
- Chcę ci tylko pomóc, Zgredku – westchnęłam i już miałam
pogłaskać go lekko po głowie, ale opanowałam się. W końcu czoło miał całe w
siniakach, a ja nie chciałam sprawić mu bólu. Przywołałam się do porządku i
mrucząc formułki pod nosem, usuwałam jego siniaki i drobne rany. Wreszcie,
kiedy już prawie skończyłam usłyszałam jego cichy, choć wyraźny szept:
- Zgredek chciał być dobrym skrzatem…
- Wiem, Zgredku. Ale coś ci powiem – tu uśmiechnęłam się smutno
. – Już nim jesteś.
I na szary fartuch skrzata kapnęła łza. Rzadko płakałam,
ale jeśli już to w słusznych momentach potrafiłam zmienić się w fontannę nie
gorszą od tej w holu Ministerstwa Magii.
Wstałam i sięgnęłam do najbliższej szafki. Nic. Do kolejnej. I znów nic. Z następnej szafki sięgnęłam po szklankę.
- Accio eliksir – mruknęłam. Chyba zaklęcie przywołujące stanie się moim ulubionym. Dzięki
niemu uratowałam pewnego skrzata domowego…
Wlałam do naczynka cztery krople Eliksiru Słodkiego Snu, czyli dawkę nasenną dla
Zgredka oraz napełniłam je wodą. Odwracając się, podałam mu szklankę.
- Masz jeszcze jakieś obowiązki w kuchni do wykonania? –
spytałam uprzejmie.
Jeśli to było możliwe, Zgredek wybałuszył swoje wielkie,
okrągłe oczy jeszcze bardziej.
- Na szczęście dzisiaj nie jest zmiana Zgredka, o nie,
ale Zgredek musi jeszcze pozmywać naczynia i włożyć je do szafek, bo bardzo
chciałby wykonać swoje obowiązki – zapiszczał przenikliwie.
- Dobrze – uśmiechnęłam się pokrzepiająco. Nawet nie
pomyślał, dlaczego pytam się go o takie rzeczy… Chyba wciąż był w lekkim szoku.
- A teraz pij.
Stworzonko wypiło całą szklankę w zastraszającym tempie i
gdyby sytuacja nie była taka żałosna to na pewno roześmiałabym się.
- Zmęczony Zgredek… - wymruczał.
Ucieszyłam się, że eliksir działa.
- Chciałbyś położyć się spać? – spytałam uprzejmym tonem,
a skrzat tylko pokiwał głową. Wzięłam więc go na ręce, tak jak małe dziecko i
zaniosłam go do malutkiej komórki za kuchnią, prawdopodobnie sypialni skrzatów.
No, no, nasz Zgredek bardzo się postarał. Wiem, że to on namówił skrzaty, by
zechciały spać w malutkich łóżeczkach przypominających kołyski oraz do
posiadania kilku ubrań. Nieskromnie powiem, że można to nazwać sukcesem
stowarzyszenia WESZ, w które zaangażowały się już cztery osoby – nie wliczając w to Rona i
Harry’ego! Hurra!
Już, już miałam namówić skrzata, by wskakiwał do łóżka,
ale ten… dawno zasnął. Dlatego włożyłam go delikatnie do łóżka i nakryłam
kołderką, całując Zgredka w sam czubek ryjka.
- Panienko Granger… - wymruczał przez sen i uśmiechnął
się delikatnie.
Wyszłam z pokoiku zamykając za sobą drzwi. Wchodząc znów
do kuchni przypomniało mi się, że muszę umyć naczynia za smacznie śpiącego
skrzata i zrobić sobie upragnionej herbaty. Obie te czynności zajęły mi tylko kilka minut.
Wyszłam więc, żegnając po przyjacielsku skrzaty. Niektóre pozwoliły sobie
odpowiedzieć niemiłymi pomrukami.
Idąc korytarzem z tacą w rękach myślałam tylko i
wyłącznie o tym, aby wziąć gorącą kąpiel i wskoczyć do mojego łóżka ze szklanką
herbaty. Nagle jednak potknęłam się o
własne nogi, co wydawałoby się dziwne, bo byłam wręcz pewna, że ktoś mnie
podciął…
Po chwili leżałam na kamiennej posadzce, a obok mnie była
taca, na której niosłam herbatę. Dziwne, nie mogłam nigdzie znaleźć filiżanki,
która na pewno się potłukła. Spojrzałam w górę aby zobaczyć, komu tak zależało
na moim upadku i modliłam się, by nie był to nikt ze Slytherinu. Doznałam
szoku.
Nade mną pochylał się wysoki, dobrze zbudowany Ślizgon z drwiącym
uśmiechem na twarzy i przez ułamek sekundy byłam wręcz ucieszona, że to tylko Malfoy.
Myliłam się jednak…
Byłam oko w oko z jego najlepszym przyjacielem, Blaisem
Zabinim.
Jedyne co czułam to był ogromny wstyd. Przewróciłam się…
Czekałam, aż on wyzwie mnie od brudnokrwistych szlam, ale stwierdziłam, że
jeśli mnie zaatakuje zrobię to samo.
Jedyne co mogłam zrobić, to spojrzeć na Zabiniego ze
złością, szczególnie dlatego, że trzymał moją filiżankę. Naczynie pozostało
nietknięte. Dlatego złości szybko ustąpiła ciekawość.
- Jak.. Ty to… yy, zrobiłeś? – wydukałam.
-Mówiąc bez ogródek: zabrałem ci herbatę i podciąłem nogi.
Przepraszam za niedelikatność – dodał, pomagając mi wstać. Czy on myślał, że
zwiedzie mnie swoimi manierami? Nie! Wcale a wcale nie robiły na mnie wrażenia!
(No, może trochę. Jeśli na co dzień przebywa się z Ronem to zwykła uprzejmość
wydaje się rycerskim wręcz traktowaniem.)
- Ale po co? – otrzepałam sobie szatę.
Zabini uśmiechnął się jeszcze szerzej. Prawie jak ten
duży, głupi kot o znikającym uśmiechu z mugolskiej historyjki o Alicji w
Krainie Czarów.
- Chciałem cię na chwilę zatrzymać. Mam ci coś do
powiedzenia.
Przewróciłam oczami. Chciałeś mnie zatrzymać? Doprawdy?
- No więc? – podobało mi się, że mogłam poczuć się górą.
- Jutro stary Snape poprosi cię o coś… Nawiasem mówiąc,
będzie to dziwna prośba.
- Jaka?
- Nie mogę powiedzieć. Dracon się nie zgodził –
powiedział tajemniczo.
- W takim razie czy twój przyjaciel nie mógł po prostu
przyjść tu sam, a nie wysyłać ciebie? – nie wytrzymałam. Wydawało mi się, że
Zabini chciał, abym zadała to pytanie. Cóż, udało mu się.
- Malfoy jest w skrzydle szpitalnym. Został pobity przez dwóch twoich ziomków:
Bliznowatego i Wieprzleja. Dwóch na jednego, wyobrażasz sobie?
- Umrze? – spytałam z nadzieją, doprowadzając do śmiechu
Blaise’a.
- Nie! Wiesz co, Granger? Mogę zdradzić ci trochę tego, co
usłyszysz jutro od starego Nietoperza. Ale tylko, jeżeli… Dasz mi łyka swojej
herbaty.
Tym razem to ja zachichotałam. Nie mogłam uwierzyć w to co słyszę. Absurd.
- Jesteś idiotą, Zabini.
- Nie. Po prostu chce mi się pić, Granger. –
uśmiechnął się łobuzersko.
- Nie boisz się zatrucia? To w końcu herbata od szlamy.
- Ślizgoni lubią podejmować ryzyko – stwierdził poważnie,
a ja wręczyłam mu kubek, siadając na parapecie.
Dotarła do mnie śmieszność sytuacji. Przehandlowałam
trochę zwykłego napoju za informację o Draconie. Traktowałam to jak najbardziej poważną rzecz. I rozmawiałam z Zabinim o zupełnie
neutralnych tematach... Świat się kończy.
- Bardzo dobra – Blaise podał mi kubek. – Twój przyszły
mąż będzie miał szczęście.
Wywróciłam oczami. Ach, to ślizgońskie poczucie humoru.
Zajrzałam do filiżanki, kierowana przeczuciem.
- Wypiłeś mi połowę! – zirytowałam się.
- A więc Snape poprosi cię jutro o przyniesienie notatek
dla Dracona. W zasadzie już możesz zrobić kopie – przypomniał o naszej dziwnej,
hm, wymianie.
- Powiedz coś więcej. Chociaż pół! – stwierdziłam.
- Z jakiej racji?
- A herbata? Powiedz połowę – tak naprawdę miałam ochotę
wybuchnąć śmiechem. Targujemy się o… herbatę? Moje życie oszalało!
- Nasza panienka co ma WESZ umie negocjować… Dobrze,
będziesz zmuszona widywać się z Malfoyem częściej, niż byś chciała. Dobranoc,
Granger. I tym razem nie potknij się o własne nogi
- To nie było o własne nogi, Zabini!
. Ale on odwrócił się na pięcie,
zostawiając mnie samą na korytarzu. Nie raczyłam mu nawet odpowiedzieć.
Wracając do swojej sypialni wydawało mi się, że usłyszałam cichy, drwiący
szept:
- Dziękuję za herbatę!
Prychnęłam pod nosem, na wypadek gdyby Ślizgon wciąż mnie
słyszał i weszłam, przechodząc przez dziurę.
Odłożyłam herbatę na stół, odgrzewając ją uprzednio
zaklęciem i poszłam się umyć. Leżąc już w łóżku zrobiłam to, co zawsze: przeanalizowałam
kolejny dzień. Oto zebrane chaotycznie myśli, które biegały mi po głowie:
Draco nie musiał rzucać we mnie tą chusteczką (muszę ją
oddać). Ciekawe czemu? Pewnie już wiedział, że będziemy się razem uczyć i
próbował załagodzić nasze stosunki. Tylko po co? Od kiedy Malfoyowi zależy na
dobrym kontakcie ze szlamą?
Pozbawiłam dziś Gryffindor dwudziestu punktów i
okrzyczałam niepotrzebnie Rona. Żałuję tego.
Prawdopodobnie już przegrałam zakład z Ginny.
Zapomniałam o mojej herbacie (już ją biorę!), której
połowę wypił pewien ślizgon.
Blaise Zabini jest przystojny i choćbym broniła się przed
tym nogami i rękami ma też nienaganne maniery oraz poczucie humoru. Szkoda, że nie
może być głupi i brzydki, mogłabym mieć się przynajmniej do czego przyczepić…
Uspokój się, Hermiono. ON JEST W SLYTHERINIE!
Jutro muszę zanieść jakieś notatki Malfoyowi. Na
spotkanie z nim nie cieszę się ani trochę. Ale ile ma być łącznie tych spotkań?
Razem może być ich nawet około kilkudziesięciu. Zupełnie nie wiem, jak je
przetrwać. Z tej perspektywy mój ostatni rok w Hogwarcie wydaje się być
stracony.
Moje życie ulegnie diametralnym zmianom – tego jestem
pewna. I coś mi podpowiada, że niestety będą to zmiany na gorsze…
{*}
Obudziłam się gwałtownie, zupełnie jakby ktoś ryknął mi w
ucho. Miałam jakieś dziwne przeczucie, jakby dziś miało wydarzyć się coś
ważnego. Tylko co? Owutemy? Nie. Bal klasy siódmej? Nie. Boże Narodzenie? Też nie.
DRACON MALFOY?
Niestety tak. Poczułam, że jeszcze bardziej nie chce mi
się wstawać z łóżka. Jednak postanowiłam wziąć się w garść i podeszłam do
mojego lustra. Szczerze go nienawidziłam – szczególnie za jego niewyparzony
język.
- Wyglądasz potwornie. – stwierdziło lustro i rzuciłam na
nie zaklęcie wyciszające, bo miało rację…
Uniosłam głowę i
zobaczyłam straszydło. Miałam na głowie wręcz szopę a pod oczami cienie. W
dodatku w nocy pogryzły mnie okropnie komary… Dlaczego była akurat ciepła,
wczesna jesień a ja zostawiłam zapalone światło? No dobrze, już dobrze to nie
koniec świata. Gdzie ta moja maść, którą kupiłam w centrum handlowym Eylopa?
Nasmaruję się nią i wszystko zniknie w mniej niż pół godziny. A potem uczeszę
włosy i napiję się trochę eliksiru energii, którego zapasik mam w szafce. Ma
się swoje sposoby, aby ukryć przed światem zły humor i zmęczenie.
Westchnęłam i poszłam się ubrać. Trzeba zacząć nowy dzień
i jeśli to możliwe powitać go uśmiechem.
Spakowałam szkolną torbę, spojrzałam w lustro po raz ostatni
i poszłam jak na ścięcie do Wielkiej Sali. Schodząc po schodach spotkałam Hannę
Abbot i ucięłyśmy sobie miłą pogawędkę. Bardzo lubiłam tę puchonkę. Zawsze
miła, uprzejma i z wesołymi chochlikami w oczach. Tak, rozmowa z kimś takim
zawsze pomaga, szczególnie wtedy gdy jest nam ciężko.
Idąc do stołu Gryffindoru czułam narastającą gulę w
przełyku. Ale trudno, trzeba udawać pewną siebie. Przywitałam się wesoło z
Harrym i Ronem, rzuciłam okiem na stoły wszystkich domów (Blaise Zabini patrzył
prosto na mnie z drwiącym uśmiechem. Jego spojrzenie mówiło „Przygotuj się,
Granger”. Poczułam niemiły dreszcz na plecach.) i zlustrowałam również stół
nauczycielski, gdzie wesoło pomachał mi Hagrid. Nagle stało się to, na co
czekałam i czego tak się bałam: Snape wstał od stołu i szedł prosto do nas. Z jednej
strony trochę się bałam ale z drugiej wręcz umierałam z ciekawości, co ma mi do
powiedzenia. Nagle nauczyciel przywołał mnie gestem do siebie a ja niepewnie
zeskoczyłam z miejsca, na którym siedziałam i podeszłam do Snape’a.
- Panno Granger, jest panna prefektem a w jego obowiązki
wchodzi między innymi udzielanie korepetycji. Ufam, że już to kiedyś panienka
robiła?
- Tak – odparłam. Nie kłamałam: rok temu miałam zajęcia z
jakimiś trzecioroczniakami. Były w sumie przyjemne.
- Otóż wszyscy prefekci mają już pełny grafik…. Oprócz
Dracona, który jest najwidoczniej hm, takim idiotą, że jego korepetycje mogłyby
tylko i wyłącznie zaszkodzić.
- Czyli co mam zrobić? – spytałam, pobladła. Domyślałam
się już.
- Panny obowiązkiem jest przygotowanie Pana Malfoya do
owutemu… Ze wszystkich przedmiotów. I proszę zacząć już od dziś. Przyniesie mu
panna notatki z całego tygodnia do skrzydła szpitalnego. Pan Malfoy został
pobity przez Pottera i Weasleya. – tu Snape uśmiechnął się drwiąco. Wiedziałam,
jaką przyjemność sprawia mu mówienie o moich przyjaciołach w ten sposób. – Może panna odejść.
Oddaliłam się powolnym krokiem, ale w mojej głowie
kłębiły się miliony myśli. Co? Jakim cudem dam sobie radę i wytrzymam cały
siódmy rok z tym Ślizgonem? Te dwa semestry nie zapowiadają się najlepiej.
Usiadłam zamyślona na swoim miejscu, obok Harry’ego. Rona
nie było, ciekawe dlaczego… O, widzę go. Poszedł po grzanki, założę się, że
przyniesie mi jedną. A więc Rona Weasley wciąz troszczy się o mnie, nawet jeśli ja traktuję go okropnie i szorstko? Ogarnęło mnie uczucie wstydu i postanowiłam, że muszę wynagrodzić mu to w jakiś sposób. Szybko! Ale na razie pomachałam mu przyjaźnie.
- Co się stało, Hermiono? – spytał się mnie Harry –
Marnie wyglądasz. Coś cię trapi?
I nagle przypomniało mi się, gdy Malfoy po raz pierwszy
nazwał mnie szlamą. To było w drugiej klasie i do dziś cieszę się, że nikt nie
wiedział o tym, że przepłakałam wtedy pół nocy…
Ogarnęła mnie nienawiść do Dracona.
- Malfoy – warknęłam do niego. – Muszę przygotować go
do owutemu.
Mój przyjaciel wyglądał, jakby dostał pałką prosto w
środek głowy.
- Z czego…? – wydukał powoli.
- Ze wszystkiego! Harry, to będzie najgorszy rok w
Hogwarcie!
- Nie mógłby zrobić tego ktoś inny? Przecież musi być
inne wyjście! – próbował mnie jakoś pocieszyć.
- Nie. Wszyscy inni prefekci są już zajęci. Oprócz samego
Malfoya… On potrzebuje korepetycji więc raczej nie ma szans, że będzie ich
udzielał… - uśmiechnęłam się drwiąco.
- Hermiono, jestem pewny, że jakoś sobie poradzisz.
Wierzę w ciebie.
- Dziękuję – uśmiechnęłam się, chociaz wcale nie miałam ochoty tego zrobić. Cały mój organizm pragnął krzyczeć ze złości, bo nie chciałam
spędzać tego czasu z Malfoyem właśnie, nie miałam ochoty udzielać korepetycji
komukolwiek, tak naprawdę chciałam uciec z Hogwartu jak najprędzej.
Chociaż… W sumie jestem pełnoletnia, w dodatku przyjaźnię
się z Harrym Potterem, może by tak nie ukończyć szkoły? Popatrzcie no na i George’a, nie zdał owutemów, a jest bajecznie bogaty…
NIE! Muszę to zrobić, poradzić sobie… Zawsze dawałam
radę, dlaczego tym razem ma mi się nie udać?
W porządku, dziś po lekcjach odwiedzę Dracona Malfoya
(przymusowo, oczywiście).