sobota, 26 września 2015

Rozdział drugi: Feralna herbata

Ale jak chyba się domyślacie nie poszłam spać. Skierowałam się do mojego prywatnego saloniku, który określiłabym mianem miniaturowego Pokoju Wspólnego. Ach, biurko, kominek i moje wygodne łóżko z baldachimem i czterema kolumienkami oraz własna łazienka.Czasem naprawdę dobrze jest być prefektem naczelnym!
Tego wieczoru miałam ochotę na coś ciepłego do picia, postanowiłam więc wybrać się do kuchni, częściowo po to, by odwiedzić skrzaty domowe. Zdecydowałam iść tam okrężną drogą – gdyby zobaczył mnie ktokolwiek z moich przyjaciół miałabym kłopoty.
Na szczęście nie spotkałam nikogo, może oprócz starej i wyliniałej Pani Norris, która chyba mnie nie zauważyła. Punkt dla mnie. Ostatnimi chwilami chyba lubię toczyć walki na punkty…
Granger – Norris: 1 : 0, Granger - Malfoy: 2 : 1 – przypomniało mi się nagle.
Malfoy… Jestem pewna, że jutro stoczę z nim kolejną morderczą bitwę na słowa.
Cóż, byłam już pod drzwiami prowadzącymi do kuchni. Zapukałam grzecznie i weszłam.  Drzwi otworzył mi jakiś stary skrzat w czapce szefa kuchni na głowie.
- Witam – uśmiechnęłam się ciepło.
Skrzat zamrugał oczami.
- Chłopaki! A ta tutaj po co? – zaskrzeczał.
- Przyszłam poprosić was o coś ciepłego do picia.
- Panienka Granger! – pisnął znajomy głosik i tuż przede mną upadło jakieś małe stworzonko, potykając się o własne kończyny.
- Zgredku, co ci się stało? – spytałam, podbiegając do biednego i zapewne poobijanego skrzata, który już niestety czymś się okładał po głowie. – Accio patelnia!
- Dziękuję, panienko – szepnął pokornie Zgredek. W jego oczach wciąż lśniły łzy bólu. Gdybym nie zabrała mu tej patelni byłby gotów zatłuc się nią na śmierć…
Wygoniłam z głowy obraz martwego skrzata i postanowiłam mu pomóc. Mi również zbierało się na płacz. Skutki zbyt bujnej wyobraźni.
Westchnęłam, ostatecznie już odpędzając od siebie wizję skrzaciego grobu i powoli podniosłam Zgredka z podłogi. To, co zobaczyłam przeszło moje najśmielsze oczekiwania.
Wyglądał okropnie, jak typowa ofiara przemocy domowej, które tyle razy pokazują w mugolskich serwisach informacyjnych. Dlatego więc wyjęłam różdżkę, prowadząc skrzata na najbliższe krzesło i usiadłam na nim, kładąc sobie Zgredka na kolanach.
- Panienko… Co chce panienka zrobić? – spytał, zwracając na mnie swój śmieszny ryjek.
- Chcę ci tylko pomóc, Zgredku – westchnęłam i już miałam pogłaskać go lekko po głowie, ale opanowałam się. W końcu czoło miał całe w siniakach, a ja nie chciałam sprawić mu bólu. Przywołałam się do porządku i mrucząc formułki pod nosem, usuwałam jego siniaki i drobne rany. Wreszcie, kiedy już prawie skończyłam usłyszałam jego cichy, choć wyraźny szept:
- Zgredek chciał być dobrym skrzatem…
- Wiem, Zgredku. Ale coś ci powiem – tu uśmiechnęłam się smutno . – Już nim jesteś.
I na szary fartuch skrzata kapnęła łza. Rzadko płakałam, ale jeśli już to w słusznych momentach potrafiłam zmienić się w fontannę nie gorszą od tej w holu Ministerstwa Magii.
Wstałam i sięgnęłam do najbliższej szafki. Nic. Do kolejnej. I znów nic. Z następnej szafki sięgnęłam po szklankę. 
- Accio eliksir – mruknęłam. Chyba zaklęcie przywołujące stanie się moim ulubionym. Dzięki niemu uratowałam pewnego skrzata domowego…
Wlałam do naczynka cztery krople Eliksiru Słodkiego Snu, czyli dawkę nasenną dla Zgredka oraz napełniłam je wodą. Odwracając się, podałam mu szklankę.
- Masz jeszcze jakieś obowiązki w kuchni do wykonania? – spytałam uprzejmie.
Jeśli to było możliwe, Zgredek wybałuszył swoje wielkie, okrągłe oczy jeszcze bardziej.
- Na szczęście dzisiaj nie jest zmiana Zgredka, o nie, ale Zgredek musi jeszcze pozmywać naczynia i włożyć je do szafek, bo bardzo chciałby wykonać swoje obowiązki – zapiszczał przenikliwie.
- Dobrze – uśmiechnęłam się pokrzepiająco. Nawet nie pomyślał, dlaczego pytam się go o takie rzeczy… Chyba wciąż był w lekkim szoku. - A teraz pij.
Stworzonko wypiło całą szklankę w zastraszającym tempie i gdyby sytuacja nie była taka żałosna to na pewno roześmiałabym się.
- Zmęczony Zgredek… - wymruczał.
Ucieszyłam się, że eliksir działa.
- Chciałbyś położyć się spać? – spytałam uprzejmym tonem, a skrzat tylko pokiwał głową. Wzięłam więc go na ręce, tak jak małe dziecko i zaniosłam go do malutkiej komórki za kuchnią, prawdopodobnie sypialni skrzatów. No, no, nasz Zgredek bardzo się postarał. Wiem, że to on namówił skrzaty, by zechciały spać w malutkich łóżeczkach przypominających kołyski oraz do posiadania kilku ubrań. Nieskromnie powiem, że można to nazwać sukcesem stowarzyszenia WESZ, w które zaangażowały się już cztery osoby – nie wliczając w to Rona i Harry’ego! Hurra!
Już, już miałam namówić skrzata, by wskakiwał do łóżka, ale ten… dawno zasnął. Dlatego włożyłam go delikatnie do łóżka i nakryłam kołderką, całując Zgredka w sam czubek ryjka.
- Panienko Granger… - wymruczał przez sen i uśmiechnął się delikatnie.
Wyszłam z pokoiku zamykając za sobą drzwi. Wchodząc znów do kuchni przypomniało mi się, że muszę umyć naczynia za smacznie śpiącego skrzata i zrobić sobie upragnionej herbaty.  Obie te czynności zajęły mi tylko kilka minut. Wyszłam więc, żegnając po przyjacielsku skrzaty. Niektóre pozwoliły sobie odpowiedzieć niemiłymi pomrukami.

Idąc korytarzem z tacą w rękach myślałam tylko i wyłącznie o tym, aby wziąć gorącą kąpiel i wskoczyć do mojego łóżka ze szklanką herbaty.  Nagle jednak potknęłam się o własne nogi, co wydawałoby się dziwne, bo byłam wręcz pewna, że ktoś mnie podciął…
Po chwili leżałam na kamiennej posadzce, a obok mnie była taca, na której niosłam herbatę. Dziwne, nie mogłam nigdzie znaleźć filiżanki, która na pewno się potłukła. Spojrzałam w górę aby zobaczyć, komu tak zależało na moim upadku i modliłam się, by nie był to nikt ze Slytherinu. Doznałam szoku.
Nade mną pochylał się wysoki, dobrze zbudowany Ślizgon z drwiącym uśmiechem na twarzy i przez ułamek sekundy byłam wręcz ucieszona, że to tylko Malfoy. Myliłam się jednak…
Byłam oko w oko z jego najlepszym przyjacielem, Blaisem Zabinim.
Jedyne co czułam to był ogromny wstyd. Przewróciłam się… Czekałam, aż on wyzwie mnie od brudnokrwistych szlam, ale stwierdziłam, że jeśli mnie zaatakuje zrobię to samo. 
Jedyne co mogłam zrobić, to spojrzeć na Zabiniego ze złością, szczególnie dlatego, że trzymał moją filiżankę. Naczynie pozostało nietknięte. Dlatego złości szybko ustąpiła ciekawość.
- Jak.. Ty to… yy, zrobiłeś? – wydukałam.
-Mówiąc bez ogródek: zabrałem ci herbatę i podciąłem nogi. Przepraszam za niedelikatność – dodał, pomagając mi wstać. Czy on myślał, że zwiedzie mnie swoimi manierami? Nie! Wcale a wcale nie robiły na mnie wrażenia! (No, może trochę. Jeśli na co dzień przebywa się z Ronem to zwykła uprzejmość wydaje się rycerskim wręcz traktowaniem.)
- Ale po co? – otrzepałam sobie szatę.
Zabini uśmiechnął się jeszcze szerzej. Prawie jak ten duży, głupi kot o znikającym uśmiechu z mugolskiej historyjki o Alicji w Krainie Czarów.
- Chciałem cię na chwilę zatrzymać. Mam ci coś do powiedzenia.
Przewróciłam oczami. Chciałeś mnie zatrzymać? Doprawdy?
- No więc? – podobało mi się, że mogłam poczuć się górą.
- Jutro stary Snape poprosi cię o coś… Nawiasem mówiąc, będzie to dziwna prośba.
- Jaka?
- Nie mogę powiedzieć. Dracon się nie zgodził – powiedział tajemniczo.
- W takim razie czy twój przyjaciel nie mógł po prostu przyjść tu sam, a nie wysyłać ciebie? – nie wytrzymałam. Wydawało mi się, że Zabini chciał, abym zadała to pytanie. Cóż, udało mu się.
- Malfoy jest w skrzydle szpitalnym. Został pobity przez dwóch twoich ziomków: Bliznowatego i Wieprzleja. Dwóch na jednego, wyobrażasz sobie?
- Umrze? – spytałam z nadzieją, doprowadzając do śmiechu Blaise’a.
- Nie! Wiesz co, Granger? Mogę zdradzić ci trochę tego, co usłyszysz jutro od starego Nietoperza. Ale tylko, jeżeli… Dasz mi łyka swojej herbaty.
Tym razem to ja zachichotałam.  Nie mogłam uwierzyć w to co słyszę. Absurd.
- Jesteś idiotą, Zabini.
- Nie. Po prostu chce mi się pić, Granger. – uśmiechnął  się łobuzersko.
- Nie boisz się zatrucia? To w końcu herbata od szlamy.
- Ślizgoni lubią podejmować ryzyko – stwierdził poważnie, a ja wręczyłam mu kubek, siadając na parapecie.
Dotarła do mnie śmieszność sytuacji. Przehandlowałam trochę zwykłego napoju za informację o Draconie. Traktowałam to jak najbardziej poważną rzecz. I rozmawiałam z Zabinim o zupełnie neutralnych tematach... Świat się kończy.
- Bardzo dobra – Blaise podał mi kubek. – Twój przyszły mąż będzie miał szczęście.
Wywróciłam oczami. Ach, to ślizgońskie poczucie humoru. Zajrzałam do filiżanki, kierowana przeczuciem.
- Wypiłeś mi połowę! – zirytowałam się.
- A więc Snape poprosi cię jutro o przyniesienie notatek dla Dracona. W zasadzie już możesz zrobić kopie – przypomniał o naszej dziwnej, hm, wymianie.
- Powiedz coś więcej. Chociaż pół! – stwierdziłam.
- Z jakiej racji?
- A herbata? Powiedz połowę – tak naprawdę miałam ochotę wybuchnąć śmiechem. Targujemy się o… herbatę? Moje życie oszalało!
- Nasza panienka co ma WESZ umie negocjować… Dobrze, będziesz zmuszona widywać się z Malfoyem częściej, niż byś chciała. Dobranoc, Granger. I tym razem nie potknij się o własne nogi
- To nie było o własne nogi, Zabini!
. Ale on odwrócił się na pięcie, zostawiając mnie samą na korytarzu. Nie raczyłam mu nawet odpowiedzieć. Wracając do swojej sypialni wydawało mi się, że usłyszałam cichy, drwiący szept:
- Dziękuję za herbatę!
Prychnęłam pod nosem, na wypadek gdyby Ślizgon wciąż mnie słyszał i weszłam, przechodząc przez dziurę.
Odłożyłam herbatę na stół, odgrzewając ją uprzednio zaklęciem i poszłam się umyć. Leżąc już w łóżku zrobiłam to, co zawsze: przeanalizowałam kolejny dzień. Oto zebrane chaotycznie myśli, które biegały mi po głowie:
Draco nie musiał rzucać we mnie tą chusteczką (muszę ją oddać). Ciekawe czemu? Pewnie już wiedział, że będziemy się razem uczyć i próbował załagodzić nasze stosunki. Tylko po co? Od kiedy Malfoyowi zależy na dobrym kontakcie ze szlamą?
Pozbawiłam dziś Gryffindor dwudziestu punktów i okrzyczałam niepotrzebnie Rona. Żałuję tego.
Prawdopodobnie już przegrałam zakład z Ginny.
Zapomniałam o mojej herbacie (już ją biorę!), której połowę wypił pewien ślizgon.
Blaise Zabini jest przystojny i choćbym broniła się przed tym nogami i rękami ma też nienaganne maniery oraz poczucie humoru. Szkoda, że nie może być głupi i brzydki, mogłabym mieć się przynajmniej do czego przyczepić…
Uspokój się, Hermiono. ON JEST W SLYTHERINIE!
Jutro muszę zanieść jakieś notatki Malfoyowi. Na spotkanie z nim nie cieszę się ani trochę. Ale ile ma być łącznie tych spotkań? Razem może być ich nawet około kilkudziesięciu. Zupełnie nie wiem, jak je przetrwać. Z tej perspektywy mój ostatni rok w Hogwarcie wydaje się być stracony.
Moje życie ulegnie diametralnym zmianom – tego jestem pewna. I coś mi podpowiada, że niestety będą to zmiany na gorsze…
{*}

Obudziłam się gwałtownie, zupełnie jakby ktoś ryknął mi w ucho. Miałam jakieś dziwne przeczucie, jakby dziś miało wydarzyć się coś ważnego. Tylko co? Owutemy? Nie. Bal klasy siódmej? Nie. Boże Narodzenie?  Też nie.
DRACON MALFOY?
Niestety tak. Poczułam, że jeszcze bardziej nie chce mi się wstawać z łóżka. Jednak postanowiłam wziąć się w garść i podeszłam do mojego lustra. Szczerze go nienawidziłam – szczególnie za jego niewyparzony język.
- Wyglądasz potwornie. – stwierdziło lustro i rzuciłam na nie zaklęcie wyciszające, bo miało rację…
 Uniosłam głowę i zobaczyłam straszydło. Miałam na głowie wręcz szopę a pod oczami cienie. W dodatku w nocy pogryzły mnie okropnie komary… Dlaczego była akurat ciepła, wczesna jesień a ja zostawiłam zapalone światło? No dobrze, już dobrze to nie koniec świata. Gdzie ta moja maść, którą kupiłam w centrum handlowym Eylopa? Nasmaruję się nią i wszystko zniknie w mniej niż pół godziny. A potem uczeszę włosy i napiję się trochę eliksiru energii, którego zapasik mam w szafce. Ma się swoje sposoby, aby ukryć przed światem zły humor i zmęczenie.
Westchnęłam i poszłam się ubrać. Trzeba zacząć nowy dzień i jeśli to możliwe powitać go uśmiechem.
Spakowałam szkolną torbę, spojrzałam w lustro po raz ostatni i poszłam jak na ścięcie do Wielkiej Sali. Schodząc po schodach spotkałam Hannę Abbot i ucięłyśmy sobie miłą pogawędkę. Bardzo lubiłam tę puchonkę. Zawsze miła, uprzejma i z wesołymi chochlikami w oczach. Tak, rozmowa z kimś takim zawsze pomaga, szczególnie wtedy gdy jest nam ciężko.
Idąc do stołu Gryffindoru czułam narastającą gulę w przełyku. Ale trudno, trzeba udawać pewną siebie. Przywitałam się wesoło z Harrym i Ronem, rzuciłam okiem na stoły wszystkich domów (Blaise Zabini patrzył prosto na mnie z drwiącym uśmiechem. Jego spojrzenie mówiło „Przygotuj się, Granger”. Poczułam niemiły dreszcz na plecach.) i zlustrowałam również stół nauczycielski, gdzie wesoło pomachał mi Hagrid. Nagle stało się to, na co czekałam i czego tak się bałam: Snape wstał od stołu i szedł prosto do nas. Z jednej strony trochę się bałam ale z drugiej wręcz umierałam z ciekawości, co ma mi do powiedzenia. Nagle nauczyciel przywołał mnie gestem do siebie a ja niepewnie zeskoczyłam z miejsca, na którym siedziałam i podeszłam do Snape’a.
- Panno Granger, jest panna prefektem a w jego obowiązki wchodzi między innymi udzielanie korepetycji. Ufam, że już to kiedyś panienka robiła?
- Tak – odparłam. Nie kłamałam: rok temu miałam zajęcia z jakimiś trzecioroczniakami. Były w sumie przyjemne.
- Otóż wszyscy prefekci mają już pełny grafik…. Oprócz Dracona, który jest najwidoczniej hm, takim idiotą, że jego korepetycje mogłyby tylko i wyłącznie zaszkodzić.
- Czyli co mam zrobić? – spytałam, pobladła. Domyślałam się już.
- Panny obowiązkiem jest przygotowanie Pana Malfoya do owutemu… Ze wszystkich przedmiotów. I proszę zacząć już od dziś. Przyniesie mu panna notatki z całego tygodnia do skrzydła szpitalnego. Pan Malfoy został pobity przez Pottera i Weasleya. – tu Snape uśmiechnął się drwiąco. Wiedziałam, jaką przyjemność sprawia mu mówienie o moich przyjaciołach w ten sposób.  – Może panna odejść.
Oddaliłam się powolnym krokiem, ale w mojej głowie kłębiły się miliony myśli. Co? Jakim cudem dam sobie radę i wytrzymam cały siódmy rok z tym Ślizgonem? Te dwa semestry nie zapowiadają się najlepiej.
Usiadłam zamyślona na swoim miejscu, obok Harry’ego. Rona nie było, ciekawe dlaczego… O, widzę go. Poszedł po grzanki, założę się, że przyniesie mi jedną. A więc Rona Weasley wciąz troszczy się o mnie, nawet jeśli ja traktuję go okropnie i szorstko? Ogarnęło mnie uczucie wstydu i postanowiłam, że muszę wynagrodzić mu to w jakiś sposób. Szybko! Ale na razie pomachałam mu przyjaźnie.
- Co się stało, Hermiono? – spytał się mnie Harry – Marnie wyglądasz. Coś cię trapi?
I nagle przypomniało mi się, gdy Malfoy po raz pierwszy nazwał mnie szlamą. To było w drugiej klasie i do dziś cieszę się, że nikt nie wiedział o tym, że przepłakałam wtedy pół nocy…
Ogarnęła mnie nienawiść do Dracona.
- Malfoy – warknęłam do niego. – Muszę przygotować go do owutemu.
Mój przyjaciel wyglądał, jakby dostał pałką prosto w środek głowy.
- Z czego…? – wydukał powoli.
- Ze wszystkiego! Harry, to będzie najgorszy rok w Hogwarcie!
- Nie mógłby zrobić tego ktoś inny? Przecież musi być inne wyjście! – próbował mnie jakoś pocieszyć.
- Nie. Wszyscy inni prefekci są już zajęci. Oprócz samego Malfoya… On potrzebuje korepetycji więc raczej nie ma szans, że będzie ich udzielał… - uśmiechnęłam się drwiąco.
- Hermiono, jestem pewny, że jakoś sobie poradzisz. Wierzę w ciebie.
- Dziękuję – uśmiechnęłam się, chociaz wcale nie miałam ochoty tego zrobić. Cały mój organizm pragnął krzyczeć ze złości, bo nie chciałam spędzać tego czasu z Malfoyem właśnie, nie miałam ochoty udzielać korepetycji komukolwiek, tak naprawdę chciałam uciec z Hogwartu jak najprędzej.
Chociaż… W sumie jestem pełnoletnia, w dodatku przyjaźnię się z Harrym Potterem, może by tak nie ukończyć szkoły? Popatrzcie no na i George’a, nie zdał owutemów, a jest bajecznie bogaty…
NIE! Muszę to zrobić, poradzić sobie… Zawsze dawałam radę, dlaczego tym razem ma mi się nie udać?
W porządku, dziś po lekcjach odwiedzę Dracona Malfoya (przymusowo, oczywiście). 


poniedziałek, 21 września 2015

Rozdział pierwszy: Skutki dobrych chęci

Jadłam śniadanie w Wielkiej Sali: pospiesznie wsuwałam tosta popijając kawą. W rękach trzymałam najświeższy numer „Proroka codziennego”. W końcu dziś zaczynaliśmy transmutacją a ja jako jedna z najlepszych uczennic oraz prefekt naczelna nie mogłam się na nią spóźnić, prawda? Poza tym jestem już w ostatniej klasie Hogwartu, więc wypadałoby przebrnąć przez nią z sukcesem.
Złożyłam gazetę. Same głupoty dzisiaj, nie gorsze od tych pióra Rity Skeeter sprzed Bitwy o Hogwart. 
Uniosłam wzrok i rozejrzałam się po sali. Zlustrowałam po kolei stoły gryfonów, pucho nów, krukonów i na końcu (z małym niesmakiem, szczerze mówiąc) śliz gonów. Oglądając ten ostatni bardzo się zdziwiłam…
Patrzył na mnie.
Draco Tchórzofretka Malfoy zwrócił swe szare oczy prosto na moją skromną osobę. Natychmiast pomyślałam, że na pewno coś jest ze mną nie tak… Może wymachując różdżką zmieniłam przypadkowo kolor swoich włosów na zielony albo przyprawiłam sobie krzaczastą brodę? Cóż, przecież każdemu mogłoby się przypadkiem zdarzyć, prawda?
- Nawet nieomylnej Hermionie Granger, prawda? – pomyślałam i uśmiechnęłam się sama do siebie.
Nie do wiary. Malfoy wciąż świdrował mnie wzrokiem a ja wtedy zrozumiałam, że mam dżem na twarzy… Starłam go szybko. Świetnie, teraz ślizgon ucieszy się, że jestem DOSŁOWNIE brudną szlamą. Brudną od… Dżemu jeżynowego. 
Podniosłam znów wzrok, by posłać mu nienawistne spojrzenie a wtedy… Wtedy nasze oczy się spotkały a Malfoy poczęstował mnie swoim drwiącym uśmieszkiem. Potem szepnął coś do Blaise’a
 Zabiniego. Złośliwą uwagę na temat mnie, jak sądzę.
Nie. Nie dam się Malfoyowi, nie dam mu tej satysfakcji, nie pozwolę mu domyślić się, że czasem płaczę po nocach przez te jego komentarze…
Zarzuciłam włosy do tyłu i ponagliłam Rona i Harry’ego władczym gestem. Dopiero na nich spojrzałam i zdziwiłam się srodze, bo moi przyjaciele ćwiczyli transmutację muszelki w ślimaka. No trudno, kiedy gra się całymi dniami w quidditcha, a potem olewa sobie odrabianie prac domowych pozostaje robienie wszystkiego w ostatniej chwili. A mówiłam Harry’emu, żeby gdzieś to sobie zapisał!
Z politowaniem oglądałam ich żałosne poczynania. Oj nie tak chłopcy, nie tak… Zero skupienia, złe ruchy nadgarstkiem, nadmiernie sztywna postawa… To nie ma wręcz prawa się udać!
Nagle obok nas przeszła sama Minerwa McGonagall. Rzucając okiem na wypociny Pottera i Weasleya aż westchnęła z oburzenia. Rozumiałam ją – w końcu jak można nie dawać sobie rady z transmutacją tak małego bezkręgowca, jakim jest ślimak? To w końcu poziom piątej klasy! I oni chcą zdawać w tym roku owutemy? Śmieszne.  Chociaż i tak wiadomo, że temu Potterowi, Weasleyowi i Granger załatwi się każdą robotę. Ale już na pierwszym roku w Hogwarcie tak znienawidzony przez Chłopca który Przeżył nauczyciel powiedział, że „Sława to nie wszystko, prawda, panie Potter?”
I tym razem to Snape miał rację. 
A oto – o, proszę bardzo! Moi przyjaciele postanawiają ot tak sobie odejść od stołu nie zabierając ze sobą tej biednej szlamy Hermionki.  Jak mi przykro!
Pokazałam im język za plecami, a kiedy to nie skutkowało po prostu podzieliłam „Proroka” na pół, uformowałam dwie kulki i jedną rzuciłam w Rona a drugą w Harry’ego .
- Co ty na Merlina robisz, Hermiono? – szczeknął Ron.
Przybrałam obrażoną minę.
- Tak się składa, Ronaldzie, że ja również należę do tego towarzystwa i po prostu nie można mnie tak po prostu porzucać! Nie można mnie tak sobie zost…
- A co? Nie trafisz do klasy McGonagall? – przerwał mi kpiąco.
- Może! Może nie trafię, może coś mi się stało? A co jeżeli potrzebuję waszej pomocy? Na przykład.. Na przykład w niesieniu książek?
- Jeśli potrzebujesz pomocy Łasicy albo Bliznowatego to wolisz ich tak sobie po prostu zawołać, robiąc awanturę na całą szkołę niż użyć zaklęcia latania? – odezwał się pewien kpiący głos. - Nazywają cię najmądrzejszą gryfonką, a ten twój głupi czerep nie potrafi przyjąć informacji o tym, że ci, jak ich nazywasz, przyjaciele nie mają po prostu dość krzepy, by ponieść twoje ubrudzone szlamem książki? – Uśmiechnął się zimno Draco Malfoy.
- Zostaw mnie, parszywy śmierciożerco – mruknęłam pod nosem, chociaż w oczach szkliły mi się łzy. Znów to zrobił… Znów nazwał mnie szlamą, znów mnie obraził…
Poczułam, że nie wytrzymam. Słyszałam, jak Harry wykrzykuje coś o ojczulku, który o mały włos nie został ucałowany przez dementora i jak ślizgon odpowiada mu, że każdy ojciec jest lepszy od martwego… W uszach dzwoniły mi groźby Rona, echem odbijały się śmiechy gapiów…
Na moją czarną szatę kapały łzy, jedna po drugiej.
Nagle ucichło, więc odważyłam się podnieść wzrok. Na to tylko czekał Malfoy.
- Ona płacze! Granger się poryczała! – wrzasnął, po czy sięgnął do kieszeni szaty i wyciągnął chusteczkę. Rzucił mi ją. – Masz, wytrzyj swój brudny nos!
Miałam ochotę ją odrzucić, ale nie mogłam, bo Draco i jego ślizgoni zniknęli z pola mojego widzenia.
- Tchórze – mruknął Ron. – Zobaczyli Sprout i zwiali.
Harry objął mnie opiekuńczo ramieniem, a Weasley kontynuował swój monolog, głównie złożony z synonimów „Malfoy” oraz „dupek”. Machinalnie potakiwałam głową i pomyślałam, że Draco nie musiał dawać mi tej chusteczki (tudzież ciskać nią we mnie).  Musiałam jednak przerwać, bo Wybraniec spytał się mnie zachęcająco, czy nie miałabym ochoty pozamieniać jeży w poduszki na igły na lekcji u opiekunki Gryffindoru. Zgodziłam się, bo przecież bardzo długo ćwiczyłam te zaklęcia w Pokoju Wspólnym, a punkty dla domu nie zdobędą się same.
{*}
Po transmutacji musiały niestety nastąpić dwie poniedziałkowe godziny eliksirów ze ślizgonami. Ach, Draco, Pansy, Goyle, Zabini, Milicenta i cała reszta tej milutkiej ferajny… Zapowiadało się wprost cudownie, bo nie można nazwać tego inaczej.  Na dodatek Snape uwielbiał w czasie lekcji parować gryfonów ze ślizgonami. A dziś był w szczególnie dobrym humorze – co oznaczało, że był jeszcze bardziej surowy i szorstki niż zwykle.
- Proszę bardzo… Pan Weasley z panną Parkinson, cóż za barwna para… Oczywiście Potter nie może zostać mu dłużny więc popracuje sobie z uroczą panną Buldstrode, a nasza wszechwiedząca Granger chyba dobrze dogaduje się z Draco, więc czemu nie mieliby uciąć sobie jakiejś miłej pogawędki? Panie Malfoy, proszę nie robić takiej miny… Może dzięki pannie Granger zrozumie pan coś z eliksirów? A reszta… Możecie dobrać się jak chcecie – uśmiechnął się złośliwie.
Taak, u Snape’a były to wybitne wręcz żarty.
Popatrzyłam na Malfoya z niechęcią a ten przywołał mnie władczo do siebie.
- I jaki jest plan? – szepnął mi do ucha. – Ty odwalasz całą robotę i podpisujesz fiolkę z eliksirem moim nazwiskiem?
- Chciałbyś – warknęłam głośno, wciskając mu w ręce strączki fasolki czarnej. – Masz to pokroić.
- Wydajemy rozkazy, co, Granger? – zaśmiał się drwiąco.
- Zamknij się i krój to!  – byłam już na granicy wybuchu.
Ale Malfoy uśmiechnął się jeszcze szerzej widząc, że wyprowadził mnie z równowagi.
Wrzucając do kociołka lawendę popatrzyłam na Harrego i Rona, zdominowanych przez swoje ślizgońskie partnerki. Mieli naprawdę niewyraźne miny i pomyślałam, że może wcale nie jest aż tak źle? W końcu Malfoy tylko uśmiecha się w irytujący sposób… Może jakoś z nim wytrzymam?
Nagle nie mogłam stłumić chichotu, patrząc jak Milicenta strofuje Harry’ego swoim tubalnym głosem. Biedny chłopak naprawdę nie wiedział, co ma ze sobą począć.
- Tak się właśnie czuję przy tobie, Granger – mruknął Malfoy, który również przypatrywał się całej tej scenie.
- Jak Buldstrode? – spytałam, patrząc na wielką ślizgonkę, która wydawała się zadowolona z dyrygowania Harrym.
- Nie bądź taka głupia na jaką wyglądasz, przecież wiem, że rozumiesz.
Wahałam się przez sekundę lub dwie. 
- A jeśli nie rozumiem? – przeniosłam wzrok na Malfoya, który roześmiał się sztucznie.
- Powtarzasz się, Granger, czyżby twój słownik był ubogi?  To samo mówiłaś przecież, krzycząc dziś rano na Wieprzleja. „A jeśli nie rozumiem? A może nie trafię?” – zapiszczał cienkim głosikiem.
- Podsłuchiwałeś?
- Darłaś się, to przyszedłem posłuchać. Byłem ciekawy, co gnębi panią prefekt naczelną.  I, szczerze mówiąc, zawiodłem się.
- O jak mi przykro! A czego się spodziewałeś? – rzuciłam sarkastycznie.
- Ciekawe pytanie… - uśmiechnął się, jak to Malfoy. Ale czy w tym uśmiechu było trochę zakłopotania?
- Czyżbyś nie znał odpowiedzi? – byłam zadowolona, że go rozgryzłam.
- Mieszaj w kociołku – urwał, skrzywiony.
Posłałam mu spojrzenie mówiące: „Wygrałam”.
Jeden do jednego. Z rozmyślań wyrwał mnie jednak monotonny głos Snape’a:
- Pięć minut do końca!
Malfoy spojrzał na mnie.
- Co dalej, Granger?
- Doczytaj sobie sam – nie chciałam jeszcze tracić radości z triumfu i rozpoczynać nowej potyczki. Tak, chciałam się jeszcze nacieszyć. Ale Malfoy wstał. Aha, książę Slytherinu wpadł na genialny pomysł. Ciekawe, po co. Już miałam go zatrzymać ale…
- Chcę przelać eliksir do fiolki. Siadaj.  – powiedział, nie odwracając się do mnie.
Tego było za wiele. Wiedział, że będę chciała go zatrzymać, wiedział, że już wstawałam, gotowa wyrwać mu naczynko z ręki… Czyżby czytał mi w myślach czy było to po prostu wyczucie?
- Zamknij się, pajacu! – warknęła nagle Pansy do Rona. – Czy ja nigdy nie mogę nic zrobić sama?
W głowie zapaliła mi się żaróweczka. Zbliżyłam się do ślizgona i szepnęłam mu do ucha:
- Tak się właśnie czuję przy tobie, Malfoy.
Draco zachichotał. Po raz pierwszy w życiu słyszałam jego szczery śmiech a nie ten wymuszony.
- Powtarzasz się Granger – Malfoy nie wiedział, że właśnie strzelił samobója do swojej pętli…
Zaśmiałam się drwiąco. Wiedziałam, że mam przewagę.
- TY TEŻ!
- Cholera… Znalazłem dobrego przeciwnika, który okazał się jednak przeciwniczką. Miło było, ale przegrała pani bitwę, nie wojnę – powiedział powoli,a z jego twarzy nie znikał drwiący uśmieszek. Jak na nieszczęście, na naszą rozmowę patrzył Ron, któremu z wielkim hukiem wypadła fiolka. A w jego oczach… Błyszczały małe błyskawice nienawiści.
 - Ktoś tu jest zazdrosny. - stwierdził blondyn. Niestety, do gry wrócił stary Malfoy: dumny, kpiący i wywyższający się. Mogłam spodziewać się nazwania panną szlamą. I to wkrótce!
- Polecam ci wydać tomik poezji – znokautowałam ostatecznie Dracona, przypominając o jego wcześniejszej wypowiedzi. – I naprawdę nie wiem, od kiedy zwracasz się do mnie per pani.
Granger – Malfoy: 2:1! Hurra!
Zbliżył się do nas Snape. Upsss…
- Widzę, że panna Granger nic nie robi, za to bawi się całkiem dobrze a biedny Draco musi działać za dwóch… Trzydzieści punktów dla Slytherinu! Granger, proszę się cieszyć, że nie odjąłem żadnych Gryffindorowi. Koniec lekcji, proszę się rozejść, byle szybko.
- Ty, ty… - Ron już miał rzucać się z pięściami na Malfoya. Na szczęście przytrzymał go Harry.
Już wtedy wiedziałam, jaki to niecny pomysł wpadł do głowy Dracona.
- Cześć, Granger, do następnego razu! – zawołał, uśmiechając się do mnie prawie przyjaźnie.
Tak, Malfoy był jednym z najbardziej sprytnych ludzi, jakich spotkałam. Potrafił doskonale manipulować i grać na uczuciach. W końcu żył w rodzinie śmierciożerców… Wieczne sekrety, misje. I ten Mroczny Znak, największe przekleństwo jego życia…
I nagle przypomniał mi się obraz płaczącego Malfoya w łazience Jęczącej Marty, przedstawiony nam kiedyś przez Harry’ego.
Może to dziwne, ale zaczęłam go żałować… Zapragnęłam pomóc mu jakikolwiek sposób.
Wróciłam na chwilę do teraźniejszości. Ach, nie wiedziałam wtedy jeszcze, jak potoczą się nasze losy. I że to on pomoże mi – w najpiękniejszy sposób, o który go jednak wcale nie prosiłam…
W tamtej chwili uświadomiłam sobie jedno:
Dracon Malfoy był niewątpliwie człowiekiem złamanym i nieszczęśliwym.
{*}
Tego dnia nie było już mi dane go zobaczyć. Nie pojawił się nawet na posiłku w Wielkiej Sali, co było dziwne. Ale znając szlachetnego potomka rodu Malfoyów i tak poradzi sobie w tej błahej sytuacji, jaką jest obiad. Pewnie Zabini biega dla niego po jedzenie. A, właśnie Blaise: jaką rolę odgrywa w życiu Malfoya? Raczej nie jest jego sługą tak, jak Crabbe i Goyle. Wnioskuję, że musi być jego najlepszym przyjacielem. Ale czy Draco Malfoy kiedykolwiek spotkał osobę, którą z czystym sumieniem mógł nazwać przyjacielem? Wątpię…
- Hermiono? O czym ty do cholery myślisz?  Jeszcze przed chwilą trajkotałaś mi coś o owutemie z Zaklęć, a teraz? – potrząsnęła mną lekko Ginny.
- Tak, tak, owutemy są ważne… Szczególnie z Zaklęć, to bardzo ważny przedmiot… - wydukałam z trudem, usiłując przypomnieć sobie, gdzie jestem.
Byłam w Pokoju Wspólnym. Jak przez mgłę dokonywałam właśnie psychoanalizy samej siebie. Czemu tak dużo myślałam o jakimś tam… Żabinim? O Goylu, który postanowił rzucić Hogwart i o tych pustych ślizgońskich dziewczynach? (Miałam z nimi mniej niż słaby kontakt, ale byłam pewna jednego: Tak, na pewno są puste. Puste jak… jakby ktoś rzucił na nie zaklęcie chłoszczyść.)
I tak na sam koniec: dlaczego myślałam o Malfoyu? Ja po prostu siedziałam i myślałam, skąd on wytrzaśnie jedzenie! To jedne z najgłupszych przemyśleń w moim życiu. Panno Granger, proszę przestać myśleć o tym zarozumiałym kretynie! – strofowałam się w myślach.
- Skoro taki ważny, to dlaczego się go właśnie nie uczysz? – Ruda zrobiła podejrzliwą minę.
- No bo, no bo, yyy… Bo ja… Już się nauczyłam! Znam wszystko! Możesz mnie spytać!
- Ależ proszę bardzo! Podaj formułę zaklęcia zmniejszająco – zwiększającego, a następnie użyj go na jakimś obiekcie nieożywionym. To na pewno będzie łatwe,  bo użyłaś tego czaru już rok temu, pamiętasz?
Przez ułamek sekundy nie wiedziałam, co mam robić. Na szczęście już po chwili w mojej głowie zapaliła się żaróweczka…
- Aquamenti ! –  wrzasnęłam, szczęśliwa, celując w nieokreślony cel. To znaczy: strzeliłam zaklęciem byle gdzie. Pokój wspólny został zalany wodą. Wielka fala uderzyła prosto w uczniów, przemaczając ich do suchej nitki, a ja… Ja byłam w samym środku chaosu, wśród biegających ludzi i oburzonych głosów, a poziom wody wciąż się podnosił. Uczniowie zaczęli rzucać na młodsze klasy zaklęcie latania – co było naprawdę mądrym pomysłem, bo pierwszakom ta woda sięgała już za pas…
Nagle w pomieszczeniu pojawiła się McGonagall i muszę przyznać, że jeszcze nigdy nie cieszyłam się z jej obecności tak bardzo, jak wtedy.
- Co tu się dzieje? – zawołała, łapiąc się za serce.  Po chwili jednak odzyskała swój dawny wizerunek usuwając całą wodę, zapalając znów kominek i wysyłając strumień gorącego powietrza w gryfonów. Nie zapomniała też o ściągnięciu młodszych uczniów z powrotem na dół.
- A teraz – rzuciła groźnie – niech przyzna się, ten który wywołał powódź!
Wystąpiłam na przód, chłodno kalkulując, ile punktów stracił właśnie Gryffindor.
-…Zupełnie nieodpowiedzialne, co też panna Granger sobie myśli, prefekt naczelny i prymuska, a tu zalewa sobie tak po prosu pół wieży Gryffindoru! To hańba dla naszego domu i przez takie lekkomyślne zachowanie Gryffindor traci dwadzieścia punktów!
Jęknęłam cicho, postanawiając wrócić do nauki, szczególnie tych feralnych Zaklęć. Ale stało się coś dziwnego… Zdesperowana grzebałam w torbie.
- Czego szukasz? – spytała Ginny.
- Standardowej księgi zaklęć… Nie wiesz może, gdzie ona jest?
- Hermiono! Jesteś czarownicą czy nie? Accio książka!
Nie pojawiła się.
- Accio książka! – wrzasnęłam histerycznie.  – Gdzie ona jest? To na pewno Harry i Ron robią sobie głupie żarty! Niech tylko spróbują wrócić od Hagrida, wtedy zobaczą… O tak, dostanie im się od pani prefekt!
- Hermiono! A jeśli to nie oni? A może po prostu zostawiłaś ją w jakiejś klasie? Możliwości może być dużo, a ty oczerniasz Harry’ego… To znaczy, chłopaków, ma się rozumieć.
Posłałam jej drwiące spojrzenie.
- Ależ Ginny, nie ma innych wytłumaczeń…
- Są. I to setki – przerwała mi niecierpliwie Ruda.
- A zakład, że to Harry i Ron? – spytałam. Moje szanse wynosiły jeden do kilku tysięcy, ale musiałam, po prostu musiałam rzucić Ginny jakieś wyzwanie.
- O tak, z chęcią! – zaśmiała się Ruda. Ale jak wygram to wpuścisz mnie do Łazienki Prefektów! I pozwolisz się tak wykąpać!
- A jeśli to ja znowu będę mieć rację?
- Wtedy, wtedy… Oj, coś się wymyśli!
Przewróciłam oczami. Ginny czasem potrafiła być przebiegła niczym mała ślizgonka. Bywały chwile, gdy myślałam że dobrze byłoby jej w Domu Węża.
Nagle do Pokoju Wspólnego weszły dwie postacie: Umazane błotem i z liśćmi we włosach. Harry i Ron wyglądali nie lepiej niż po swoim niedzielnym treningu quidditcha.
- Zabiję tego parszywca… - zaczął Weasley.
Jakaś część mnie naprawdę miał ochotę dowiedzieć się, o czym on mówi.
Nagle przypomniało mi się, że to on mógł ukraść moją „Standardową księgę zaklęć” i uciekłam do dormitorium.
- Hermiono, co robisz? Dlaczego uciekasz? – usłyszałam znajomy, ciepły głos. Wybraniec dogonił mnie, chociaż stałam już u szczytu schodów. Poczułam, że jestem mu winna chociaż wyjaśnienia.
- Nic się nie stało – próbowałam przywołać na twarz uśmiech. – Po prostu jestem… Trochę zmęczona i muszę położyć się wcześniej. Dobranoc, Harry.  
- Ale gdybyś chciała o czymś pogadać… Pamiętaj, zawsze masz wspaniałych przyjaciół, którzy nigdy cię nie zostawią.
- Wiem, Harry – szepnęłam wzruszona.
Aż mnie zmroziło. Widziałam troskę w jego oczach. Martwił się o mnie…
Nie wiedziałam, że przyjdzie mi oszukiwać go – i to już wkrótce.

Prolog: Kilka kroków wstecz


Weszłam na strych i powoli zamknęłam drzwi. Ach, jak dawno mnie tu nie było! Coś mnie zawsze ciągnęło do tego pomieszczenia. Czy były to liczne bibeloty, wielkie dębowe biurko lub zapach atramentu w powietrzu? Nieważne.
Ale coś przykuło moją uwagę… To była oprawiona w skórę książka. Cienka i wyglądała na starą. Otworzyłam ją – i przypomniały mi się moje szkolne lata. Wtedy żadna książka nie miała prawa kryć przede mną czegokolwiek. Tak, wtedy… To było tak dawno, rany są już tak stare… A nigdy nie zdołały się zabliźnić.
Skarciłam siebie w duchu. Nie myśl teraz o tym, Hermiono Weasley. Nie myśl o Draco Malfoyu… Po prostu otwórz tę głupią książkę!
Okazała się, że była pusta. Niezapisana, bez nazwiska właściciela. Może ten, kto miał w niej pisać nie zdążył tego uczynić? Może nie dotknął nigdy tego granatowego pióra, które leżało przede mną?
Ale może by tak… Czyżbym to właśnie ja powinna zapisać ten pamiętnik? W imieniu osoby, która miała to zrobić ale zabrakło jej czasu?
Zrobię to. Tak.
Ale o czym mam pisać? Moi rodzice gdy byłam mała mówili mi zawsze, bym pisała o swoich uczuciach. 
Ale co ja czuję? Co czuję?
Właśnie wtedy odpowiedziałam sobie na to pytanie. Czułam tęsknotę i ból. Za człowiekiem, którego kochałam najbardziej na świecie a jednak nie mogłam z nim być. Dlaczego okrutny los stanął nam wtedy na drodze? Byliśmy młodzi, o krok od wiecznego szczęścia… A jednak ten krok okazał się przepaścią.
Gdybyś nie wykonał tego instynktownego ruchu, gdybyś nie rzucił się, by ochronić mnie przed morderczym zaklęciem to ja leżałabym tam, w czarnej ziemi. Ale zrobiłeś to dla mnie, Draco, kupiłeś mi życie. Ale nie takie życie o którym marzyłam…
Dziś mam cudownego, kochającego męża i dwójkę dzieci. I tak, muszę przyznać to otwarcie: Na chwilę obecną nie jestem szczęśliwa. Wątpię, czy jeszcze kiedykolwiek będę.  Wypełnia mnie pustka, która potrafiłbyś wypełnić tylko ty, chociaż wiem, że tego nie zrobisz.
Łza kapnęła na książkę, która w dyskretny sposób przypomniała o swojej obecności. No tak, miałam pisać. I jestem pewna, że będzie to opowieść o tobie, Draco. Jestem pewna, że za chwilę przeżyję naszą historię jeszcze raz. I wiem, że wzruszy i rozedrze mnie tak samo jak zawsze…
Zostały mi tylko wspomnienia po tobie. Tylko wspomnienia… Pozbawione kształtów, rozmyte i bardzo stare ale wciąż żywe…
Za to wspomnienia piękne. Najpiękniejsze, jakie mam.

Chciałabym cofnąć czas…