Jadłam śniadanie w Wielkiej Sali: pospiesznie wsuwałam
tosta popijając kawą. W rękach trzymałam najświeższy numer „Proroka
codziennego”. W końcu dziś zaczynaliśmy transmutacją a ja jako jedna z
najlepszych uczennic oraz prefekt naczelna nie mogłam się na nią spóźnić,
prawda? Poza tym jestem już w ostatniej klasie Hogwartu, więc wypadałoby
przebrnąć przez nią z sukcesem.
Złożyłam gazetę. Same głupoty dzisiaj, nie gorsze od tych
pióra Rity Skeeter sprzed Bitwy o Hogwart.
Uniosłam wzrok i rozejrzałam się po sali. Zlustrowałam po
kolei stoły gryfonów, pucho nów, krukonów i na końcu (z małym niesmakiem,
szczerze mówiąc) śliz gonów. Oglądając ten ostatni bardzo się zdziwiłam…
Patrzył na mnie.
Draco Tchórzofretka Malfoy zwrócił swe szare oczy prosto
na moją skromną osobę. Natychmiast pomyślałam, że na pewno coś jest ze mną nie
tak… Może wymachując różdżką zmieniłam przypadkowo kolor swoich włosów na
zielony albo przyprawiłam sobie krzaczastą brodę? Cóż, przecież każdemu mogłoby
się przypadkiem zdarzyć, prawda?
- Nawet nieomylnej
Hermionie Granger, prawda? – pomyślałam i uśmiechnęłam się sama do siebie.
Nie do wiary. Malfoy wciąż świdrował mnie wzrokiem a ja
wtedy zrozumiałam, że mam dżem na twarzy… Starłam go szybko. Świetnie, teraz
ślizgon ucieszy się, że jestem DOSŁOWNIE brudną szlamą. Brudną od… Dżemu
jeżynowego.
Podniosłam znów wzrok, by posłać mu nienawistne
spojrzenie a wtedy… Wtedy nasze oczy się spotkały a Malfoy poczęstował mnie
swoim drwiącym uśmieszkiem. Potem szepnął coś do Blaise’a
Zabiniego. Złośliwą
uwagę na temat mnie, jak sądzę.
Nie. Nie dam się Malfoyowi, nie dam mu tej satysfakcji,
nie pozwolę mu domyślić się, że czasem płaczę po nocach przez te jego
komentarze…
Zarzuciłam włosy do tyłu i ponagliłam Rona i Harry’ego
władczym gestem. Dopiero na nich spojrzałam i zdziwiłam się srodze, bo moi
przyjaciele ćwiczyli transmutację muszelki w ślimaka. No trudno, kiedy gra się
całymi dniami w quidditcha, a potem olewa sobie odrabianie prac domowych
pozostaje robienie wszystkiego w ostatniej chwili. A mówiłam Harry’emu, żeby
gdzieś to sobie zapisał!
Z politowaniem oglądałam ich żałosne poczynania. Oj nie
tak chłopcy, nie tak… Zero skupienia, złe ruchy nadgarstkiem, nadmiernie
sztywna postawa… To nie ma wręcz prawa się udać!
Nagle obok nas przeszła sama Minerwa McGonagall. Rzucając
okiem na wypociny Pottera i Weasleya aż westchnęła z oburzenia. Rozumiałam ją –
w końcu jak można nie dawać sobie rady z transmutacją tak małego bezkręgowca,
jakim jest ślimak? To w końcu poziom piątej klasy! I oni chcą zdawać w tym roku
owutemy? Śmieszne. Chociaż i tak
wiadomo, że temu Potterowi, Weasleyowi i Granger załatwi się każdą
robotę. Ale już na pierwszym roku w Hogwarcie tak znienawidzony przez Chłopca
który Przeżył nauczyciel powiedział, że „Sława to nie wszystko, prawda, panie Potter?”
I tym razem to Snape miał rację.
A oto – o, proszę bardzo! Moi przyjaciele postanawiają ot
tak sobie odejść od stołu nie zabierając ze sobą tej biednej szlamy
Hermionki. Jak mi przykro!
Pokazałam im język za plecami, a kiedy to nie skutkowało
po prostu podzieliłam „Proroka” na pół, uformowałam dwie kulki i jedną rzuciłam
w Rona a drugą w Harry’ego .
- Co ty na Merlina robisz, Hermiono? – szczeknął Ron.
Przybrałam obrażoną minę.
- Tak się składa, Ronaldzie, że ja również należę do tego towarzystwa i po prostu nie można mnie
tak po prostu porzucać! Nie można mnie tak sobie zost…
- A co? Nie trafisz do klasy McGonagall? – przerwał mi
kpiąco.
- Może! Może nie trafię, może coś mi się stało? A co
jeżeli potrzebuję waszej pomocy? Na przykład.. Na przykład w niesieniu książek?
- Jeśli potrzebujesz pomocy Łasicy albo Bliznowatego to
wolisz ich tak sobie po prostu zawołać, robiąc awanturę na całą szkołę niż użyć
zaklęcia latania? – odezwał się pewien kpiący głos. - Nazywają cię
najmądrzejszą gryfonką, a ten twój głupi czerep nie potrafi przyjąć informacji
o tym, że ci, jak ich nazywasz, przyjaciele
nie mają po prostu dość krzepy, by ponieść twoje ubrudzone szlamem książki?
– Uśmiechnął się zimno Draco Malfoy.
- Zostaw mnie, parszywy śmierciożerco – mruknęłam pod
nosem, chociaż w oczach szkliły mi się łzy. Znów
to zrobił… Znów nazwał mnie szlamą, znów mnie obraził…
Poczułam, że nie wytrzymam. Słyszałam, jak Harry
wykrzykuje coś o ojczulku, który o mały włos nie został ucałowany przez dementora
i jak ślizgon odpowiada mu, że każdy ojciec jest lepszy od martwego… W uszach
dzwoniły mi groźby Rona, echem odbijały się śmiechy gapiów…
Na moją czarną szatę kapały łzy, jedna po drugiej.
Nagle ucichło, więc odważyłam się podnieść wzrok. Na to
tylko czekał Malfoy.
- Ona płacze! Granger się poryczała! – wrzasnął, po czy
sięgnął do kieszeni szaty i wyciągnął chusteczkę. Rzucił mi ją. – Masz, wytrzyj
swój brudny nos!
Miałam ochotę ją odrzucić, ale nie mogłam, bo Draco i
jego ślizgoni zniknęli z pola mojego widzenia.
- Tchórze – mruknął Ron. – Zobaczyli Sprout i zwiali.
Harry objął mnie opiekuńczo ramieniem, a Weasley
kontynuował swój monolog, głównie złożony z synonimów „Malfoy” oraz „dupek”.
Machinalnie potakiwałam głową i pomyślałam, że Draco nie musiał dawać mi tej
chusteczki (tudzież ciskać nią we mnie).
Musiałam jednak przerwać, bo Wybraniec spytał się mnie zachęcająco, czy
nie miałabym ochoty pozamieniać jeży w poduszki na igły na lekcji u opiekunki
Gryffindoru. Zgodziłam się, bo przecież bardzo długo ćwiczyłam te zaklęcia w
Pokoju Wspólnym, a punkty dla domu nie zdobędą się same.
{*}
Po transmutacji musiały niestety nastąpić dwie
poniedziałkowe godziny eliksirów ze ślizgonami. Ach, Draco, Pansy, Goyle,
Zabini, Milicenta i cała reszta tej milutkiej ferajny… Zapowiadało się wprost
cudownie, bo nie można nazwać tego inaczej. Na dodatek Snape uwielbiał w czasie lekcji
parować gryfonów ze ślizgonami. A dziś był w szczególnie dobrym humorze – co
oznaczało, że był jeszcze bardziej surowy i szorstki niż zwykle.
- Proszę bardzo… Pan Weasley z panną Parkinson, cóż za
barwna para… Oczywiście Potter nie może zostać mu dłużny więc popracuje sobie z
uroczą panną Buldstrode, a nasza wszechwiedząca Granger chyba dobrze dogaduje
się z Draco, więc czemu nie mieliby uciąć sobie jakiejś miłej pogawędki? Panie
Malfoy, proszę nie robić takiej miny… Może dzięki pannie Granger zrozumie pan
coś z eliksirów? A reszta… Możecie dobrać się jak chcecie – uśmiechnął się
złośliwie.
Taak, u Snape’a były to wybitne wręcz żarty.
Popatrzyłam na Malfoya z niechęcią a ten przywołał mnie
władczo do siebie.
- I jaki jest plan? – szepnął mi do ucha. – Ty odwalasz
całą robotę i podpisujesz fiolkę z eliksirem moim nazwiskiem?
- Chciałbyś – warknęłam głośno, wciskając mu w ręce
strączki fasolki czarnej. – Masz to pokroić.
- Wydajemy rozkazy, co, Granger? – zaśmiał się drwiąco.
- Zamknij się i krój to!
– byłam już na granicy wybuchu.
Ale Malfoy uśmiechnął się jeszcze szerzej widząc, że
wyprowadził mnie z równowagi.
Wrzucając do kociołka lawendę popatrzyłam na Harrego i
Rona, zdominowanych przez swoje ślizgońskie partnerki. Mieli naprawdę
niewyraźne miny i pomyślałam, że może wcale nie jest aż tak źle? W końcu Malfoy
tylko uśmiecha się w irytujący sposób… Może jakoś z nim wytrzymam?
Nagle nie mogłam stłumić chichotu, patrząc jak Milicenta
strofuje Harry’ego swoim tubalnym głosem. Biedny chłopak naprawdę nie wiedział,
co ma ze sobą począć.
- Tak się właśnie czuję przy tobie, Granger – mruknął
Malfoy, który również przypatrywał się całej tej scenie.
- Jak Buldstrode? – spytałam, patrząc na wielką
ślizgonkę, która wydawała się zadowolona z dyrygowania Harrym.
- Nie bądź taka głupia na jaką wyglądasz, przecież wiem, że rozumiesz.
Wahałam się przez sekundę lub dwie.
- A jeśli nie rozumiem? – przeniosłam wzrok na Malfoya,
który roześmiał się sztucznie.
- Powtarzasz się, Granger, czyżby twój słownik był
ubogi? To samo mówiłaś przecież,
krzycząc dziś rano na Wieprzleja. „A jeśli nie rozumiem? A może nie trafię?” –
zapiszczał cienkim głosikiem.
- Podsłuchiwałeś?
- Darłaś się, to przyszedłem posłuchać. Byłem ciekawy, co
gnębi panią prefekt naczelną. I,
szczerze mówiąc, zawiodłem się.
- O jak mi przykro! A czego się spodziewałeś? – rzuciłam
sarkastycznie.
- Ciekawe pytanie… - uśmiechnął się, jak to Malfoy. Ale
czy w tym uśmiechu było trochę zakłopotania?
- Czyżbyś nie znał odpowiedzi? – byłam zadowolona, że go
rozgryzłam.
- Mieszaj w kociołku – urwał, skrzywiony.
Posłałam mu spojrzenie mówiące: „Wygrałam”.
Jeden do jednego. Z rozmyślań wyrwał mnie jednak monotonny
głos Snape’a:
- Pięć minut do końca!
Malfoy spojrzał na mnie.
- Co dalej, Granger?
- Doczytaj sobie sam – nie chciałam jeszcze tracić
radości z triumfu i rozpoczynać nowej potyczki. Tak, chciałam się jeszcze
nacieszyć. Ale Malfoy wstał. Aha, książę Slytherinu wpadł na genialny pomysł.
Ciekawe, po co. Już miałam go zatrzymać ale…
- Chcę przelać eliksir do fiolki. Siadaj. – powiedział, nie odwracając się do mnie.
Tego było za wiele. Wiedział, że będę chciała go
zatrzymać, wiedział, że już wstawałam, gotowa wyrwać mu naczynko z ręki… Czyżby
czytał mi w myślach czy było to po prostu wyczucie?
- Zamknij się, pajacu! – warknęła nagle Pansy do Rona. –
Czy ja nigdy nie mogę nic zrobić sama?
W głowie zapaliła mi się żaróweczka. Zbliżyłam się do
ślizgona i szepnęłam mu do ucha:
- Tak się właśnie czuję przy tobie, Malfoy.
Draco zachichotał. Po raz pierwszy w życiu słyszałam jego
szczery śmiech a nie ten wymuszony.
- Powtarzasz się Granger – Malfoy nie wiedział, że
właśnie strzelił samobója do swojej pętli…
Zaśmiałam się drwiąco. Wiedziałam, że mam przewagę.
- TY TEŻ!
- Cholera… Znalazłem dobrego przeciwnika, który okazał
się jednak przeciwniczką. Miło było, ale przegrała pani bitwę, nie wojnę –
powiedział powoli,a z jego twarzy nie znikał drwiący uśmieszek. Jak na
nieszczęście, na naszą rozmowę patrzył Ron, któremu z wielkim hukiem
wypadła fiolka. A w jego oczach… Błyszczały małe błyskawice nienawiści.
- Ktoś tu jest
zazdrosny. - stwierdził blondyn. Niestety, do gry wrócił stary Malfoy: dumny,
kpiący i wywyższający się. Mogłam spodziewać się nazwania panną szlamą. I to
wkrótce!
- Polecam ci wydać tomik poezji – znokautowałam
ostatecznie Dracona, przypominając o jego wcześniejszej wypowiedzi. – I
naprawdę nie wiem, od kiedy zwracasz się do mnie per pani.
Granger – Malfoy: 2:1! Hurra!
Zbliżył się do nas Snape. Upsss…
- Widzę, że panna Granger nic nie robi, za to bawi się
całkiem dobrze a biedny Draco musi działać za dwóch… Trzydzieści punktów dla
Slytherinu! Granger, proszę się cieszyć, że nie odjąłem żadnych Gryffindorowi.
Koniec lekcji, proszę się rozejść, byle szybko.
- Ty, ty… - Ron już miał rzucać się z pięściami na
Malfoya. Na szczęście przytrzymał go Harry.
Już wtedy wiedziałam, jaki to niecny pomysł wpadł do
głowy Dracona.
- Cześć, Granger, do następnego razu! – zawołał,
uśmiechając się do mnie prawie przyjaźnie.
Tak, Malfoy był jednym z najbardziej sprytnych ludzi,
jakich spotkałam. Potrafił doskonale manipulować i grać na uczuciach. W końcu
żył w rodzinie śmierciożerców… Wieczne sekrety, misje. I ten Mroczny Znak,
największe przekleństwo jego życia…
I nagle przypomniał mi się obraz płaczącego Malfoya w
łazience Jęczącej Marty, przedstawiony nam kiedyś przez Harry’ego.
Może to dziwne, ale zaczęłam go żałować… Zapragnęłam pomóc mu jakikolwiek sposób.
Wróciłam na chwilę
do teraźniejszości. Ach, nie wiedziałam wtedy jeszcze, jak potoczą się nasze
losy. I że to on pomoże mi – w najpiękniejszy sposób, o który go jednak wcale
nie prosiłam…
W tamtej chwili uświadomiłam sobie jedno:
Dracon Malfoy był niewątpliwie człowiekiem złamanym i
nieszczęśliwym.
{*}
Tego dnia nie było już mi dane go zobaczyć. Nie pojawił
się nawet na posiłku w Wielkiej Sali, co było dziwne. Ale znając szlachetnego
potomka rodu Malfoyów i tak poradzi sobie w tej błahej sytuacji, jaką jest
obiad. Pewnie Zabini biega dla niego po jedzenie. A, właśnie Blaise: jaką rolę
odgrywa w życiu Malfoya? Raczej nie jest jego sługą tak, jak Crabbe i Goyle.
Wnioskuję, że musi być jego najlepszym przyjacielem. Ale czy Draco Malfoy
kiedykolwiek spotkał osobę, którą z czystym sumieniem mógł nazwać przyjacielem?
Wątpię…
- Hermiono? O czym ty do cholery myślisz? Jeszcze przed chwilą trajkotałaś mi coś o
owutemie z Zaklęć, a teraz? – potrząsnęła mną lekko Ginny.
- Tak, tak, owutemy są ważne… Szczególnie z Zaklęć, to
bardzo ważny przedmiot… - wydukałam z trudem, usiłując przypomnieć sobie, gdzie
jestem.
Byłam w Pokoju Wspólnym. Jak przez mgłę dokonywałam
właśnie psychoanalizy samej siebie. Czemu tak dużo myślałam o jakimś tam…
Żabinim? O Goylu, który postanowił rzucić Hogwart i o tych pustych ślizgońskich
dziewczynach? (Miałam z nimi mniej niż słaby kontakt, ale byłam pewna jednego:
Tak, na pewno są puste. Puste jak… jakby ktoś rzucił na nie zaklęcie chłoszczyść.)
I tak na sam koniec: dlaczego myślałam o Malfoyu? Ja po
prostu siedziałam i myślałam, skąd on wytrzaśnie jedzenie! To jedne z
najgłupszych przemyśleń w moim życiu. Panno Granger, proszę przestać myśleć o
tym zarozumiałym kretynie! – strofowałam się w myślach.
- Skoro taki ważny, to dlaczego się go właśnie nie
uczysz? – Ruda zrobiła podejrzliwą minę.
- No bo, no bo, yyy… Bo ja… Już się nauczyłam! Znam
wszystko! Możesz mnie spytać!
- Ależ proszę bardzo! Podaj formułę zaklęcia
zmniejszająco – zwiększającego, a następnie użyj go na jakimś obiekcie nieożywionym.
To na pewno będzie łatwe, bo użyłaś tego
czaru już rok temu, pamiętasz?
Przez ułamek sekundy nie wiedziałam, co mam robić. Na
szczęście już po chwili w mojej głowie zapaliła się żaróweczka…
- Aquamenti ! –
wrzasnęłam, szczęśliwa, celując w
nieokreślony cel. To znaczy: strzeliłam zaklęciem byle gdzie. Pokój wspólny został
zalany wodą. Wielka fala uderzyła prosto w uczniów, przemaczając ich do suchej
nitki, a ja… Ja byłam w samym środku chaosu, wśród biegających ludzi i
oburzonych głosów, a poziom wody wciąż się podnosił. Uczniowie zaczęli rzucać
na młodsze klasy zaklęcie latania – co było naprawdę mądrym pomysłem, bo
pierwszakom ta woda sięgała już za pas…
Nagle w pomieszczeniu pojawiła się McGonagall i muszę
przyznać, że jeszcze nigdy nie cieszyłam się z jej obecności tak bardzo, jak
wtedy.
- Co tu się dzieje? – zawołała, łapiąc się za serce. Po chwili jednak odzyskała swój dawny
wizerunek usuwając całą wodę, zapalając znów kominek i wysyłając strumień
gorącego powietrza w gryfonów. Nie zapomniała też o ściągnięciu młodszych uczniów
z powrotem na dół.
- A teraz – rzuciła groźnie – niech przyzna się, ten
który wywołał powódź!
Wystąpiłam na przód, chłodno kalkulując, ile punktów
stracił właśnie Gryffindor.
-…Zupełnie nieodpowiedzialne, co też panna Granger sobie
myśli, prefekt naczelny i prymuska, a tu zalewa sobie tak po prosu pół wieży
Gryffindoru! To hańba dla naszego domu i przez takie lekkomyślne zachowanie
Gryffindor traci dwadzieścia punktów!
Jęknęłam cicho, postanawiając wrócić do nauki,
szczególnie tych feralnych Zaklęć. Ale stało się coś dziwnego… Zdesperowana
grzebałam w torbie.
- Czego szukasz? – spytała Ginny.
- Standardowej
księgi zaklęć… Nie wiesz może, gdzie ona jest?
- Hermiono! Jesteś czarownicą czy nie? Accio książka!
Nie pojawiła się.
- Accio książka!
– wrzasnęłam histerycznie. – Gdzie ona
jest? To na pewno Harry i Ron robią sobie głupie żarty! Niech tylko spróbują
wrócić od Hagrida, wtedy zobaczą… O tak, dostanie im się od pani prefekt!
- Hermiono! A jeśli to nie oni? A może po prostu
zostawiłaś ją w jakiejś klasie? Możliwości może być dużo, a ty oczerniasz
Harry’ego… To znaczy, chłopaków, ma się rozumieć.
Posłałam jej drwiące spojrzenie.
- Ależ Ginny, nie ma innych wytłumaczeń…
- Są. I to setki – przerwała mi niecierpliwie Ruda.
- A zakład, że to Harry i Ron? – spytałam. Moje szanse
wynosiły jeden do kilku tysięcy, ale musiałam, po prostu musiałam rzucić Ginny
jakieś wyzwanie.
- O tak, z chęcią! – zaśmiała się Ruda. Ale jak wygram to
wpuścisz mnie do Łazienki Prefektów! I pozwolisz się tak wykąpać!
- A jeśli to ja znowu będę mieć rację?
- Wtedy, wtedy… Oj, coś się wymyśli!
Przewróciłam oczami. Ginny czasem potrafiła być
przebiegła niczym mała ślizgonka. Bywały chwile, gdy myślałam że dobrze byłoby
jej w Domu Węża.
Nagle do Pokoju Wspólnego weszły dwie postacie: Umazane
błotem i z liśćmi we włosach. Harry i Ron wyglądali nie lepiej niż po swoim
niedzielnym treningu quidditcha.
- Zabiję tego parszywca… - zaczął Weasley.
Jakaś część mnie naprawdę miał ochotę dowiedzieć się, o
czym on mówi.
Nagle przypomniało mi się, że to on mógł ukraść moją „Standardową księgę zaklęć” i uciekłam
do dormitorium.
- Hermiono, co robisz? Dlaczego uciekasz? – usłyszałam
znajomy, ciepły głos. Wybraniec dogonił mnie, chociaż stałam już u szczytu
schodów. Poczułam, że jestem mu winna chociaż wyjaśnienia.
- Nic się nie stało – próbowałam przywołać na twarz
uśmiech. – Po prostu jestem… Trochę zmęczona i muszę położyć się wcześniej.
Dobranoc, Harry.
- Ale gdybyś chciała o czymś pogadać… Pamiętaj, zawsze
masz wspaniałych przyjaciół, którzy nigdy cię nie zostawią.
- Wiem, Harry – szepnęłam wzruszona.
Aż mnie zmroziło. Widziałam troskę w jego oczach. Martwił
się o mnie…
Nie wiedziałam, że przyjdzie mi oszukiwać go – i to już
wkrótce.
Zastanawia mnie, czemu Hermiona jest aż tak ironiczna względem swoich przyjaciół. Przecież zawsze radzili sobie z zaklęciami gorzej od niej, więc czemu teraz tak się z nich wyśmiewa w myślach, kiedy mają problem z transmutowaniem muszelki? I czemu aż tak się denerwuje, gdy na nią nie czekają? W tej chwili to trochę wygląda tak, jakbyś na siłę próbowała odsunąć Hermionę od Harry'ego i Rona, aby mogła wpaść w ramiona Draco.
OdpowiedzUsuńZa to bardzo podobały mi się kłótnie i docinki między Hermioną i Draco. Wyszło bardzo kanonicznie :)
http://nocturne.blog.pl/
Dziękuję Ci, otrzymujesz zaszczytny tytuł pierwszego komentarza na blogu :)
UsuńDziękuję za sugestie. Przeczytałam to, oceniłam subiektywnie i - cholera, cholera, jest tak, jak mówisz!
Na Twój blog chętnie zajrzę - dziękuję :)
Wyszło samo dziękuję, dziękuję, dziękuję ale cóż, takie są moje emocje teraz.
UsuńWiem, że to dopiero 1wszy rozdział, ale bardzo spodobała mi się postawa Harry'ego :D A Ron, jak to Ron, zazdrosny i wybuchowy. Bardzo przyjemnie czytało mi się ten rozdział, z niecierpliwością czekam na następny :)
OdpowiedzUsuńTymczasem zapraszam do mnie: http://the-story-of-dramione.blogspot.com/
Pozdrawiam,
~Kadrahe
O, jak mi miło :)
UsuńPrimo: Otrzymujesz zaszczytną Odznakę Drugiego Komentarza! Idź i pochwal się znajomym tym wirtualnym osiągnięciem! ;) A ja tam patrząc na Rona myślę, że potraktowałam go trochę niesprawiedliwie. Zostanie mu wynagrodzone w trzecim rozdziale (ups, spojler...). Harry, muszę się sama pochwalić, fajny.Taki trochę przydupas ale pocieszny.
Rozdział numer dwa opublikuję, gdy napiszę trzeci, już napoczęty - prosty mechanizm! :)
Pozdrawiam, dziękuję za komentarz i zajrzę na bloga.
Stay tuned!
Te docinki i komentarze są świetne :D Masz bardzo przyjemny styl pisania. Lecę dalej ! :)
OdpowiedzUsuńHehe, szczerze i nieskromnie mówiąc to mnie też śmieszą :)
UsuńRozdział ogólnie bardzo fajny :D Kilka błędów stylistycznych/interpunkcyjnych, ale nie rażą tak bardzo ;) Wszystko super, oprócz tego, że najlepiej Draco wyzywa Granger, a na eliksirach prawienormalnie gadają... No nic lecę czytać dalej zobaczymy jak się wszystko rozwinie
OdpowiedzUsuńdramione-szepty-dusz.blogspot.com
Madison? Tutaj?
UsuńOŁ! Fenk ju wery macz!
Akurat z tym, że na eliksirach normalnie gadali miałam pewien plan a mianowicie taki, że Draco nie wie jeszcze, co czuje do Hermiony i dlatego kryje się pod maską wrednego. Za to czasami udaje mu się z Granger normalnie porozmawiać, jakby zapominał, że jej nienawidzi.
I to prawda, teraz jest między nimi coś w rodzaju nienawiści (która nie była aż tak wielka, gdy zaczynałam pisać) ale to mój błąd wynikający z nieprzemyślenia fabuły. Stwierdziłam, że w pierwszym rozdziale Malfoy był po prostu zbyt miły.
Zauważyłaś to i dziękuję. Wracam do poprawki pierwszego rozdziału - dodajmy Draconowi trochę uszczypliwości.
Challenge accepted.
Dziękuję Ci za to że do mnie zajrzałaś - na pewno się odwdzięczę! :D
Pozdrowionka