niedziela, 4 października 2015

Rozdział trzeci: Początki tego złego

------------------------------------------------------------------------------------------------
Ogłoszenia parafialne wstawiam po raz pierwszy.
Ten rozdział jest jak na razie największym rozczarowaniem, jednak zdecydowałam się go wstawić. Przykro mi, bo wy, moi czytelnicy z pewnością zasługujecie na coś lepszego. Na swoją obronę mogę powiedzieć, że miałam dwa wyjścia:
a) Zawiesić bloga na parę tygodni i czekać na swoją wenę
b) Opublikować to, co napisałam
Po jakimś czasie zdecydowałam się na wyjście b. Wybrałam mniejsze zło...
 Przepraszam.
Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że kolejny rozdział jest trochę lepszy i w dodatku bardzo Malfoyowy (tzn. duuużo Draco :)). Może wkleję go wcześniej dla udobruchania was? :)
Dobrze, nie przedłużając: zapraszam.
-------------------------------------------------------------------------------------------------
 Po ostatniej lekcji, jaką były moje ukochane starożytne runy wyszłam z klasy. Postanowiłam mieć już to wszystko za sobą i iść prosto do skrzydła szpitalnego, bez niepotrzebnego wchodzenia do dormitorium. W końcu Malfoy to tylko uczeń (sądząc po opowieściach Snape’a marny), nędzna tchórzofretka. Nie rozumiem, dlaczego tak bardzo się trzęsę. Odwagi, Hermiono.
- Gdzie idziesz? – zawołał jeszcze w nic niewtajemniczony Ron.
- Harry ci wytłumaczy – rzuciłam przez ramię, posyłając mu uśmiech. Źle potraktowałam wczoraj moich przyjaciół i musiałam im to wynagrodzić, ale naprawdę nie miałam czasu.
Idąc korytarzem myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok. Trawił mnie stres niewiadomego pochodzenia. Co się stało, że tak boję się porozmawiać z Malfoyem?
To wszystko stało się w mojej głowie. Z zupełnie błahej sprawy niespodziewanie szybko urosło do rangi problemu. Histeryczka ze mnie i czas to przezwyciężyć.
Zanim się zorientowałam, stałam przed wejściem do skrzydła szpitalnego.
Wstrzymałam oddech, pukając do drzwi…
- Wejść – burknął zimny głos.
Wślizgnęłam się do środka. W całym pomieszczeniu nie było żadnego pacjenta, ba, nawet pani Pomfrey tkwiła w swoim gabinecie. Gdy przeniosłam wzrok na Dracona nie przywitałam się z nim. Po prostu zlustrowałam go od stóp do głów, ponieważ stwierdziłam, że pokonam ślizgona jego własną bronią. Będę udawać chłodną i pewną siebie… Podczas gdy naprawdę byłam skrępowana.
- Granger – Malfoy uśmiechnął się zimno – Co przysłało tu twoją brudnokrwistą osobę?
- Bardzo śmieszne, Malfoy. Naprawdę, szczyt humoru. I nie wyobrażaj sobie zbyt wiele, bo jestem tu dlatego, że Snape mi kazał.
- O co mu znowu chodzi? – spytał obojętnym tonem.
Przygotowałam się na ostateczny pocisk. Zetrę mu ten uśmiech z twarzy.
- Muszę przygotować cię do owutemów. Ze wszystkich przedmiotów.
Uśmiech Malfoya zniknął.
- Przyniosłam ci notatki z całego tygodnia – musiałam zbliżyć się do niego przynajmniej na wyciągnięcie ręki.
- Siadaj, Granger – powiedział nagle, wskazując mały stołek obok jego łóżka. Co mogłam zrobić? Odmowa byłaby dziecinna, wręcz śmieszna. Wydaje mi się, że moje spojrzenie mówiło dużo więcej, niż chciałam.
Spojrzał na mnie, wyraźnie czymś rozbawiony. Wtedy zrozumiałam, że Malfoy ze mną pogrywał: sprawdzał jaki mam do niego stosunek. Miałam nadzieję, że nie odkryje prawdy. Bo szczerze mówiąc, bałam się go. Był kiedyś Śmierciożercą.
Ale Voldemorta już nie ma – podpowiedział cichy głosik ukryty gdzieś we mnie. Racja. Już nic nie grozi osobom o innym statucie krwi, Hogwart znów stał się bezpiecznym miejscem, wszystko jest dobrze… Ale z dziwnego powodu martwiłam się o jutro.
Przeniosłam wzrok na Dracona, który spokojnie przeglądał moje notatki. Wyglądał na chorego. Miał cienie pod oczami i jakby schudł, ale niezaprzeczalnie był przystojny, ze swoimi szarymi oczami i platynowymi włosami, które opadały mu na czoło… Nagle Malfoy spojrzał na mnie ze swoim firmowym uśmieszkiem. Świetnie, teraz wiedział, że patrzyłam na niego. Mam nadzieję, że nie pomyśli o mnie niczego złego… Choć od kiedy obchodzi mnie jego zdanie?
- A więc jesteśmy skazani na siebie, co Granger? – spytał.
- Nie – odparłam twardo. – Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego.
Malfoy mnie przejrzał.  Wiedział, że nie mam ochoty się z nim spotykać i boję się go. To pewne, bo w jego oczach pojawił się dziwny blask, jakby chciał uspokoić mnie samym spojrzeniem, ale zabrakło mu słów. Albo jakby nie chciał nic mówić aby nie pogarszać sytuacji. Podziękowałam mu w duchu za takt.
- Ciężko ci będzie z… z transmutacją w tym roku – wydukałam mozolnie, wciąż nie wiedząc, co powiedzieć.
- Nie przeczę – na twarzy Dracona znów zawitał kpiący uśmieszek. - Merlinie, wyobrażasz to sobie? Śniadanie z Granger, lekcje z Granger, korepetycje z Granger… Aż boję się, że pewnego pięknego poranka z mojej szafy wyskoczy szlama!
- Chciałbyś – mruknęłam, obliczając, czy zmieściłabym się do szafy Malfoya (przyjmując, że ma taki rozmiar jak ta w pokoju gryfońskich dziewczyn – tak) i zachichotałam cicho, odganiając tę wizję.
- Jak niczego innego, Granger. W takim razie spotkajmy się w niedzielę, w nieużywanej klasie na piątym piętrze, o drugiej. – przypomniał mi, dlaczego z nim jestem tu, w skrzydle szpitalnym.
- A co, jeżeli mi nie pasuje? Może mi coś wypadło…
- W takim razie będziesz musiała odwołać swoje nędzne zobowiązania.
- Cudownie – mruknęłam sarkastycznie.  – Przynieś książki od transmutacji i zaklęć.
- Tak pani profesor. Bo „Ciężko mi będzie z transmutacją w tym roku”, prawda?
Postanowiłam już zostawić go samego sobie, bo działał mi na nerwy.
- Prawda – rzuciłam na odchodnym. – Będzie, Malfoy.
Wyszłam ze skrzydła powoli, zamknęłam za sobą drzwi, zarzuciłam torbę na ramię i…
I wpadłam na kogoś.
- Hermiono! – zawołał Ron Weasley.
Popatrzyłam w jego zatroskaną, piegowatą twarz i pomyślałam, że ostatnio obchodziłam się z nim wprost okropnie. Ogarnęła mnie fala poczucia winy.
- Co ci się stało? Wyglądasz okropnie… To znaczy, eee, wyglądasz dobrze ale tak inaczej niż zwykle, eee…
- Chodźmy stąd – szepnęłam, ciągnąc Rona w stronę Pokoju Wspólnego.  Tak bardzo bałam, się że usłyszą nas w skrzydle szpitalnym… To znaczy, pewna osoba mnie usłyszy a ja nie chciałam stać się jeszcze słabsza w oczach leżącego w pomieszczeniu obok Ślizgona.
- A czemu? – mój przyjaciel był raczej niezorientowany.
- M-Malfoy…
- Co on ci znowu zrobił? Powiedz, a go zabiję, zabiję tego gnojka, który stale zatruwa ci życie!
I wtedy jakby wszystko pękło: pragnęłam się komuś zwierzyć, ale nie miałam takiej osoby, czułam się przygnieciona i przede wszystkim zagubiona, bo będę musiała przeżyć ten rok z podłym, narcystycznym dupkiem, jakim był Malfoy. I wtedy, na korytarzu Ron po prostu słuchał – nie krytykował mnie, nawet mi nie przerywał i pozwolił wylać wszystkie żale, chociaż obwiniałam każdego po kolei: Snape’a, Dracona, Zabiniego, Ginny, a nawet moje lustro w pokoju, bo rano nie musiało mnie przecież krytykować. Kiedy skończyłam objął mnie lekko a ja pod wpływem tego odruchu czułości rozpłakałam się. I tak trwaliśmy przez chwilę, a nasze myśli błądziły po różnych drogach.
- Ron… Ja przepraszam… Byłam ostatnio dla Ciebie taka okropna… - wyszlochałam.
- Ciii… Spokojnie. Już dobrze Hermiono. A co do tego parszywego lustra - trzeba mu zamknąć dziób.  Przecież na pewno wyglądałaś tak dobrze jak zawsze.
- Lustro nie ma dzioba – stwierdziłam inteligentnie. – I nie, nie wyglądałam.
- Mniejsza o to, chcesz iść już do Pokoju Wspólnego?
- Tak… Trzeba wam pomóc odrobić pracę domową z Eliksirów. A Malfoy jest głupią, nędzną i parszywą tchórzofretką – dodałam nagle.
- Dzięki jesteś wielka – Ron wziął mnie lekko za ramię i trafiliśmy wspólnie do Wieży Gryffindoru. Cały czas obrzucałam Malfoya różnymi epitetami, co chyba rozbawiało mojego przyjaciela.
- Hasło? – spytała nas Gruba Dama.
- …głupi gnojek, wyśmiewa się ze mnie i mojego pochodzenia, jak on śmie, pokażę mu, HA, zobaczy jeszcze czym jest gniew Hermiony Granger …
- Dorzuć jeszcze imbecyla, tak go chyba jeszcze nie nazwałaś – powiedział do mnie Ron. – Głodny jestem.
- Co? – rzuciłam tępo, przechodząc przez dziurę w portrecie. Mówiąc szczerze, byłam wtedy jak pijana. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje, i gdyby zapytalibyście się mnie wtedy o imię odparłabym bez namysłu, że jestem Draco Malfoy i pragnę dodać, że cofam to wszystko, co mówiłem o Hermionie Granger przez te wszystkie lata.
I chociaż byłam tak rozbita psychicznie i nie wiedziałam, co się ze mną dzieje udało mi się napisać esej na eliksiry Może nie był idealny, ale tylko na to było mnie w tamtej chwili stać. Przy okazji poprawiłam też trzy inne prace. Nagrody może i nie dostałam, ale zostałam prawie uduszona przez Rona i Harry’ego a Ginny wydała z siebie taki pisk, że Krzywołap uciekł do dormitorium chłopaków.
- Biedny kotek – zaczęłam z politowaniem.
- Biedny Harry – stwierdziła Ginny. – Potem ma pełno rudego futra w łóżku i w szafie… Krzywołapek lubi spać w jego łóżku.
- To nie jest śmieszne! – rzucił „Biedny Harry”.
- Jest!
- Nie jest!
- A ty całujesz Świstoświnkę!
- A ty mnie zdradzasz z Krzywołapem!
- STOOP! – ryknął Ron. – Przestańcie gruchać, gołąbeczki i, i…
- Tak, zagrajmy w eksplodującego durnia! – ucieszyła się dosyć głośno Ginny, zeskakując z fotela. Biedny Krzywołap, pewnie ma teraz ochotę wyskoczyć przez okno.
- Nie umiem i nie lubię – rzuciłam. No dobrze, umiałam i lubiłam ale chciałam po prostu wygrać.
- Damy ci fory – zaproponował Ron.
- Mów za siebie – zirytowała się Ginny.
 -Cicho, rudzielcu!
- Kto jest rudy? – spytał nieoczekiwanie Harry.
Dostałam gwałtownego ataku śmiechu.
- TY! – fuknęli jednocześnie Ron i Ginny. Cóż, przynajmniej w czymś się zgadzali.
 Ale ja zgodziłam się, zadowolona, że udało mi się cokolwiek utargować.
Później
Przegrałam w Eksplodującego Durnia.

Później
Przegrałam w Szachy Czarodziejów.

Później
Przegrałam w Gargulki.

Później
Uczyłam trójkę moich przyjaciół kilku mugolskich gier. Najbardziej spodobało im się makao.
Przegrałam w makao.
Ron zaproponował grę drużynami (był najlepszy a grałabym z nim) ale się nie zgodziłam. Zostałam więc sędzią, ale oni w połowie partii stwierdzili, że im się nudzi i zaczęli grać w pokera na Fasolki Wszystkich Smaków, chociaż Harry forsował rozbieranego.  Ginny ustawiła go jednak do pionu twierdząc, że jeżeli w niego zagrają to ona porzuci Wybrańca, z powodu traumy, którą będzie mieć do końca życia.
Ron malowniczo spadł z krzesła.
{*}
Otworzyłam oczy, nieświadoma, jaki to mamy dzisiaj dzień. I, szczerze mówiąc, prawda mnie przygniotła.
Malfoy. Znowu. Dziś niedziela. Mam jakieś dziwne, jak to mugole mówią, deja vu. Ano tak, podobnie czułam się w piątek rano…
Wczoraj spędziłam z moimi przyjaciółmi cudowną, radosną sobotę: rozegraliśmy mały mecz quidditcha a potem wdaliśmy się w bójkę na… jedzenie. Tak, zdaję sobie sprawę jak dziwnie to brzmi ale Harry nie musiał rzucać we mnie rzepą. Na koniec prezentowaliśmy się okropnie… A kiedy wracaliśmy już do Pokoju Wspólnego, żeby zmyć z siebie to całe cholerstwo zobaczył nas Seamus Finnigan, który akurat trzymał w rękach tacę z gorącą herbatą (Zabini, draniu! HERBATA!). I tak jakoś wyszło, że ją upuścił… I to prosto na swoje nogi. Podobno ciężko się uszkodził tymi odłamkami porcelany.

Wykaz zysków i strat wynikających z bitwy:
Straty:
- 30 punktów dla Gryffindoru
Seamus nie dość, że poraniony to jeszcze w stanie ciężkiego urazu psychicznego. Zażywa teraz Prozac*. Mugole utrzymują, że to pomaga.
Wszyscy moi przyjaciele zapewne wystają teraz przy jego łóżku, bo czują się po prostu winni. Chyba do nich dołączę.
Potłuczone naczynia
Tygodniowy szlaban, od poniedziałku zaczynając.

Zyski:



Nic. Zero.
 Ale pomimo tego w mojej głowie tłucze się tylko myśl o Malfoyu…
No dobrze, czas się ubrać, wrócić do normalnego życia i pójść odwiedzić Seamusa. Może mógłby pożyczyć mi trochę Prozacu bo inaczej szlag mnie trafi a wtedy nie ręczę za siebie.
Po jakimś czasie, już ubrana poszłam prosto do skrzydła szpitalnego. Pukając, znowu odczuwałam ten dziwny lęk… Seamus na mnie nakrzyczy czy może przywita z otwartymi ramionami?
Weszłam i zastałam budzący spokój widok: Harry, Ginny i Ron uczyli pacjenta gry w makao. Uśmiechnęłam się, zadowolona. Mogłabym zostać tutaj i patrzeć na szczęśliwych ludzi latami.
- Hej Seamus – przywitałam się miło. – Co u ciebie?
- Jest dobrze, dziękuję, Hermiono. Samotność mi nie dokucza, popatrz tylko – wskazał na śpiącą na łóżku obok Pansy Parkinson.
- Współczuję – stwierdził trochę uprzedzony do Ślizgonów Harry.
- Wcale nie. Ona się tak śmiesznie złości. Fajnie ją wkurzać.
- A co jej się stało? – spytałam ciekawsko.
- To co mi po prostu doznała ciężkiego, ale nie pokaleczyła się przynajmniej potłuczoną porcelaną. Teraz zażywa Prozac.
- A co to? I dobre to jest? – wtrącił się Ron.
- Seamus się roześmiał.
- Średnio, wiesz? To taki mugolski lek. – Tu Ron wybałuszył oczy jeszcze bardziej.
Wymieniłam z Ginny porozumiewawcze spojrzenia a Ruda zachichotała mimowolnie.
- Zagramy jeszcze partyjkę w Eksplodującego Durnia?
-Pewnie! – zawołał Harry. – Hermiona jest w to najlepsza!
- Przekonacie się – rzuciłam. Teraz musiałam się zmobilizować. Wygram to.
Na pewno.

Później
Przegrałam. Seamus na widok mojej miny dostał niekontrolowanego ataku śmiechu i musiał zażyć podwójną porcję Prozacu.
- Wypchaj się nim – mruknęłam.
- Prze... Przepraszam… Po prostu nie mogę… Ludzie, ależ ona słabo gra…! – ryknął tak, że obudził Pansy Parkinson, która zwróciła na niego z wyrzutem swoje czarne oczy.
Ze swojego gabinetu wyszła nagle pani Pomfrey i aż zamarła, widząc trojkę chichoczących uczniów, jednego w konwulsjach i dwie panny z nosem na kwintę, z czego jedną w łóżku. Szczerze mówiąc, przyszła w bardzo odpowiednim momencie, bo twarz Seamusa zaczynała powoli zmieniać kolor. Nie do twarzy mu w zielonym. 
I tak skończyła się moja druga już przygoda w skrzydle szpitalnym. Jeśli miałabym wybierać, to ta była zdecydowanie przyjemniejsza. Wolę przegrywać w Eksplodującego Durnia niż gaworzyć sobie z Malfoyem na jakikolwiek temat.
Będąc już na korytarzu wiedziałam, co mnie czeka.
Plan na dziś:
- Odrabianie prac domowych
- Szybki lunch
- Spotkanie z Draco Malfoyem, idiotą, narcyzem, imbecylem, etc, etc.
- Odrabianie prac domowych
- Pójście spać, ewentualnie chwila z przyjaciółmi
Ten dzień prezentował się nudno i żałośnie, ale cóż, bywały gorsze. Na przykład wtedy, gdy wypiłam eliksir wielosokowy, w wyniku czego stałam się kotem. Albo wtedy, gdy moje przednie zęby urosły do monstrualnych rozmiarów.
I jeszcze ten dzień, kiedy Malfoy nazwał mnie… szlamą.
Dlaczego tak mocno wstydziłam się tego, kim jestem? Widocznie tak wpłynęło na mnie otoczenie. Wmówiono mi, że jestem gorsza od innych i nawet wtedy, gdy Voldemorta już nie ma wciąż zastanawiam się, jak potoczyłoby się moje życie, gdybym urodziła się w rodzinie magicznej.
Na pewno byłoby inaczej. Oczami wyobraźni widziałam już siebie: akceptowaną, roześmianą, pewną siebie… Lepszą wersję Hermiony Granger.  Wstrzymałam na chwilę oddech… I zbyt mocno przycisnęłam piórem, w wyniku czego zrobiłam wielką , atramentową dziurę w pergaminie. Cudownie.
- Reparo – mruknął Ron patrząc na mnie z troską. Posłałam mu ciepły uśmiech. Byłam pod wrażeniem, że ten człowiek tak bardzo dbał o mnie. Zawsze był przy mnie, gdy go potrzebowałam, wspierał mnie radą i pocieszeniem, kiedy nie miałam sił i starał się jak umiał, by po prostu żyło mi się lepiej. Widziałam to i naprawdę doceniałam jego starania, ale nie w ten sposób, którego on by chciał. Nie kochałam Ronalda Weasleya. Nie potrafiłam, i to mnie tak rozdzierało.
To znaczy: darzyłam go takim uczuciem, jakim można pokochać brata. Był dla mnie jedną z najważniejszych osób na świecie, ale nie potrafiłam popatrzeć na niego w ten inny sposób.
- Dużo jeszcze tego macie? – jęknęła Ginny znad swojego wypracowania.
- TAK! – rzuciliśmy jednocześnie ja, Harry i Ron.
{*}
Na szczęście po napisaniu obu esejów mogłam spokojnie zjeść lunch z moimi przyjaciółmi. Dzięki Godrykowi i pozostałym założycielom Hogwartu za posiłki! Zjadłam go z wielkim apetytem. Nawet bardziej niż z apetytem: zjadłam więcej od Rona.
Odruchowo patrząc na stół Ślizgonów zobaczyłam Malfoya. Wyglądał na kompletnie zdrowego i przybitego.  Kiedy zwrócił swój wzrok na mnie posłał mi spojrzenie, które zabija. 
Cóż, jeżeli zabija to na pewno nie Hermionę Granger. Wytrzymałam je i uśmiechnęłam się drwiąco a złowrogie spojrzenie Malfoya przybrało na sile.
- Nie ze mną te sztuczki, Malfoy – pomyślałam i odwróciłam się, by porozmawiać z Ginny.  Ta jednak słuchała wywodów Harry’ego o quidditchu. Stwierdziłam więc, że nie będę im przeszkadzać i przeniosłam swoje rzeczy trochę bliżej Rona, który chyba zdziwił się tym niespodziewanym odruchem bo opluł sobie szatę. Użyłam szybko zaklęcia czyszczącego i pomyślałam, że zamorduję te Ślizgonki, które gapią się na nas, śmiejąc się jak hieny. Potraktowałam je tym samym uśmiechem co Malfoya i nałożyłam sobie trochę szarlotki. Jedząc, spojrzałam na zegarek i wybałuszyłam oczy bo była już za kwadrans druga. Postanowiłam się zbierać.
No dobrze, piętnaście minut to dużo czasu, chociaż Malfoy wydaje się być człowiekiem, który nie toleruje spóźnień. Ale w sumie… Nie zaszkodziłoby mu chyba poczekać na kogoś?
- Nie! Idę do niego i koniec! – usłyszałam gdzieś obok swój głos. Świetnie. Tego jeszcze brakowało, przestałam kontrolować moje słowa.
- Do kogo? – spytała Ginny. Nie dokończyła, bo moja mina musiała powiedzieć jej wszystko.
- …Do Malfoya – dopowiedział za mnie Harry. – Eee… Baw się dobrze, Hermiono. 
Zaśmiałam się sucho.
- Tak, Harry. Na pewno będę.
- Zawsze mogę mu przywalić – powiedział Ron. – Tylko powiedz, dobra?
- Tak, Ron. Powiem ci. Obiecuję – odparłam, ściskając go po przyjacielsku.
Kiedy opuszczałam Wielką Salę spojrzenia moich przyjaciół mówiły: „Nie martw się, wszystko będzie dobrze”.
Wiedziałam już z góry, że nie będzie. No dobrze, może byłam trochę uprzedzona.
 Stałam na korytarzu, trzymając w rękach swoją szkolną torbę i błagając w duchu Malfoya, żeby się jednak nie pojawił. Może coś mu wypadło, albo Harry i Ron znowu rzucili się na niego z łapami? Lub ktoś inny wziął na swoje barki obowiązek przygotowywania go do tych przeklętych owutemów?
Serce tłukło się w mojej piersi jak spłoszony ptak, pragnący odfrunąć daleko. No dalej, Malfoy. Może byś tutaj przyszedł, co?
Cisza wydawała się dźwięczeć mi w uszach i myślałam już, że się nie pojawił, zażartował sobie ze mnie a w tej chwili siedzi z razem z innymi w Wielkiej Sali. Byłabym szczęśliwa, gdyby ta wersja okazała się prawdą…
Nagle podskoczyłam, słysząc odgłos zbliżających się kroków. Potem zza rogu wyłania się szczupła sylwetka oraz charakterystyczne jasne włosy. Patrząc na stojący w korytarzu zegar widzę, że jest dokładnie kwadrans po drugiej. A więc Malfoy jednak się pojawił. Jestem zgubiona.

- To co, Granger, posiedzimy i pozakuwamy trochę? – słyszę zimny, drwiący głos.
--------------------------------------------------------------------------------------------
* Nawiązanie do opowiadania "Draco Malfoy, zdumiewająco skoczny... szczur?". W jednej ze scen Seamus po zobaczeniu nagiego Malfoya w łóżku z Ronem dostał lekkiego urazu psychicznego i musiał zażywać Prozac.
PS. Zaczęłam pisać miniaturkę o przygodach pary Seamus\Prozac. Może pojawi się kiedyś właśnie tutaj! Proamus (tak, to nazwa paringu) jest moim własnym pomysłem, inspirowanym Drapple. 

6 komentarzy:

  1. Bardzo dobre, naprawdę!
    Rozdział rzeczywiście trochę słabszy niż pozostałe ale idealnie odzwierciedla jaka Hermiona jest dla swoich przyjaciół a jaka dla Malfoya. Fajny kontrast.
    Trzymam za słowo w temacie kolejnego rozdziału. Dużo Draco? Jestem na TAK!
    Z niecierpliwością czekam na kolejne rozdziały.
    Pozdrawiam - życzę weny! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. "straty i zyski" to było genialne hehe
    Rozdział mi się podobał, nie narzekam XD
    Choć nie ukrywam, że... nie widzę dzieła bety! Gdzie beta? AAAA!
    Szukaj mi jej, już, w tej chwili!
    Będzie dobrze.
    A ja zapraszam do siebie i liczę na komentarz z opinią
    http://lucjusz-i-miona.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szukam bety, szukam, szukam, szukam...
      NI MA!
      Poszukam jeszcze na fejsie, może jakaś dobra duszyczka się znajdzie.
      Do Ciebie zajrzę odrobinę później - przepraszam, internet mi świruje. Ledwo starczy mi go na odpisanie...
      Ale tak, zajrzę! :)

      Usuń
  3. Pochłonęłam Twoje rozdziały szybciej niż wczorajszą kolację (a byłam głodna ^^)
    Piszesz lekko i przyjemnie.
    Ta wersja Hermiony, jest genialna ^^

    "Ale ja zgodziłam się, zadowolona, że udało mi się cokolwiek utargować.
    Później
    Przegrałam w Eksplodującego Durnia.

    Później
    Przegrałam w Szachy Czarodziejów.

    Później
    Przegrałam w Gargulki.

    Później
    Uczyłam trójkę moich przyjaciół kilku mugolskich gier. Najbardziej spodobało im się makao.
    Przegrałam w makao." <----- śmiałam się jak głupia ;D

    Pozdrawiam i życzę weny ^^
    Dodaję do obserwowanych

    Zapraszam również do siebie ;)
    http://magiczny-swiat-rachel-trust.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja śmiałam się jak głupia swoim psychopatycznym śmiechem, czytając twój komentarz. Ach, te spontaniczne wybuchy radości...
      Dziękuję Ci za komentarz - jestem naprawdę szczęśliwa!
      Chętnie zajrzę do Ciebie.
      PS. Przeżycia Hermiony w 70 % inspirowane są moimi. Tak, nie umiem grać w makao. :)

      Usuń